|
Blisko 1000 kibiców Kolejorza pojawiło się w Bytomiu, by wspierać poznańskiego Lecha w wyjazdowym pojedynku z miejscową Polonią. Początkowo Lechitów miało być dwukrotnie mniej, jednakże na nasz wniosek , za zgodą Urzędu Miasta w Bytomiu zwiększono dostępną nam pulę wejściówek. Tym samym przebiliśmy nasze dotychczasowe najlepsze osiągnięcie - dla porównania w zeszłym roku dwukrotnie meldowaliśmy się na Olimpijskiej w środku tygodnia i nasza liczba nie przekroczyła 600 fanatyków.
Tym razem już pierwszego dnia sprzedano ponad 100 biletów na pociąg specjalny, jasnym więc było, że pojawimy się na Śląsku w godnej liczbie. Głód gorącej atmosfery trybun, której nie sposób doświadczyć we Wronkach oraz przywiązanie do klubu są silniejsze niż zimno i słaba postawa piłkarzy, na których grę nawet najbardziej uodpornionym naprawdę ciężko ostatnio patrzeć. Sytuacja szybko przestała być tak klarowna – kilka minut po wyruszeniu, jeszcze na terenie Poznania, pociąg odmówił posłuszeństwa. Jak się okazało zapalił się jeden z trzech składów, chwilę później w ogniu stanęły silniki kolejnego – tym samym oczywistym stało się, że tym konkretnie środkiem lokomocji na Śląsk z pewnością nie dotrzemy. Efektem tego w dalszą drogę ruszyliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem i z obawą, czy uda się wszystkim wejść choćby przed rozpoczęciem drugiej połowy.
Obawy okazały się płonne – mimo opóźnienia i tradycyjnego kilkukilometrowego przemarszu z dworca Bytom Główny pod stadionem znaleźliśmy się na kilkanaście minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego i sporej grupie udało się znaleźć na obiekcie jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Tym razem na płocie planowo zabrakło flag sekcyjnych i fan-clubowych. Stąd na reprezentacyjnym miejscu zawisły jedynie cztery płótna: „Extreme Hobby”, „Pyrlandia”, „Lech Poznań” i „Fanatycy”. Na płocie pojawiła się także fana Cracovii, której fani wsparli nas w liczbie 6 osób.
Jeszcze na kilka dni przed wyjazdem upatrywaliśmy w najbliższym meczu wyznacznika tego, w jakiej obecnie formie jesteśmy my - kibice Lecha. Stąd też nie może dziwić, że od pierwszych minut każdy rwał się do dopingu. Co nie było łatwe, bo w Bytomiu zabrakło części etatowych prowadzących. To jednak otworzyło szansę pokierowania grupą tysiąca fanatycznych gardeł ochotnikom, którzy samozwańczo co pewien czas wdrapywali się na barierkę. Przy takiej rotacji nie sposób uniknąć problemów z koordynacją, pojawiło się natomiast pełne spektrum znanych wszystkim stadionowych pieśni. Charyzmy nikomu z nich odmówić nie sposób – z zewnątrz jakiekolwiek komplikacje nie były słyszalne. Można śmiało powiedzieć, że od strony wokalnej był to od pewnego czasu nasz najlepszy mecz.
Gospodarze, podobnie jak i my, tym razem bez oprawy. Dobrze oflagowani zapełnili obiekt niemalże do ostatniego miejsca, śpiewając na miarę swoich możliwości. Na łuku przeciwległym do sektora gości wywiesili transparenty, określające ich stanowisko w sprawie bytomskiego stadionu. Tradycyjnie obie strony skupiły się na dopingowaniu swoich drużyn, stąd też obyło się bez jakichkolwiek wzajemnych uszczypliwości.
Nasi piłkarze kolejny raz nie potrafili wywieźć z Bytomia kompletu punktów. Ponieważ Lechici zostawili nieco zdrowia na murawie, ambicji, szczególnie części z nich, nie sposób odmówić, tym razem nie pojawiło się etatowe ostatnio „Biegać, walczyć i się starać, w Lechu trzeba…”. Obyśmy nigdy już więcej nie musieli tego śpiewać – oczekujemy zwycięstw, ale przede wszystkim wymagamy walki i zaangażowania. Tak więc, pomimo niekorzystnego wyniku, fajna atmosfera na sektorze i zabawa przez cały mecz sprawiła, że mało kto opuszczał trybuny niezadowolony. Co ciekawe stróże prawa praktycznie w ogóle nie interesowali się nami podczas marszu powrotnego - efektem czego liczne sklepy spożywcze, którymi usiana jest droga na dworzec, zapełniły się kibicami Lecha. W Poznaniu zameldowaliśmy się o w pół do 5 nad ranem, szczęśliwie pierwszy raz od pewnego czasu ruszyliśmy w Polskę w sobotę, tak więc do domu każdy udał się ze świadomością niedzielnego odpoczynku przed kolejnym tygodniem pracy. Zdecydowanie udany dzień. |