Tu jesteś:

Start » Polska » Zagłębie-Lech: Szkoda, że bez dogrywki
Zagłębie-Lech: Szkoda, że bez dogrywki
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Paweł Kielan   
niedziela, 29 listopada 2009 00:00
AddThis Social Bookmark Button

kolejorz„Ostatni wyjazd rundy” – to hasło brzmi dla fanatyków jak wyrok skazujący na 3 miesiące kombinowania jak wypełnić lukę w weekendy. Nasz ostatni wyjazd w tym roku wypadł w piątek, jednak na szczęście do Lubina jest stosunkowo blisko, więc w większości mogło obejść się bez urlopów i lewych L4.

Od czasu gdy ostatnio zawitaliśmy w lidze do Miedziowych sporo się zmieniło – nie łączy nas już zgoda, a w miejscu dożynkowca stoi efektowny, nowoczesny obiekt. Z obu powodów na ten mecz wielu czekało z nadziejami na fajne kibicowskie zamknięcie roku, zwłaszcza że wizualnie stadion w Lubinie przypomina świetnie przez nas wspominane St. Gallen. To wszystko sprawiło, że pierwsze pula biletów rozeszła się w kilka godzin, to samo stało się gdy dotarło do nas dodatkowych 200 biletów. Jak się okazało – dalej było za mało, ale jak wiadomo kibic w potrzebie to kibic zaradny, więc dzięki powtórzeniu patentu bełchatowskiego i wykupieniu biletów na sektor obok klatki gości, na meczu było nas ostatecznie 1700. Na nowym stadionie mieliśmy już okazję być latem na meczu o Superpuchar Polski, jednak teraz zasiedliśmy po przeciwnej stronie stadionu, w miejscu starego sektora gości. Trzeba przyznać, że obiekt jest naprawdę fajny, z adekwatną do potrzeb lubinian pojemnością, typowo piłkarski, w pełni zadaszony i z dobrą widocznością. Wejście nie należało do najszybszych, ale większość naszej grupy weszła przed rozpoczęciem meczu i mogliśmy zająć się tym, po co przyjechaliśmy. Na płocie zgodnie z ostatnimi ustaleniami zabrakło fan z poszczególnych miast Wielkopolski i zawisły tylko „Kolejorz” i „YF’98”. Pojemność klatki to 1200 osób, jednak przy odpowiednim zagęszczeniu towarzystwa można upchnąć jeszcze ze 100 – 200 osób, dzięki czemu nasz narożnik prezentował się bardzo fajnie wizualnie. Co było do przewidzenia, dach od początku pomagał w dopingu i dobrze wypadały kolejne przyśpiewki, a my skutecznie rywalizowaliśmy z nieźle radzącymi sobie na początku z dopingiem lubinianami. Zabawę przerwała na moment spiętą ochrona, która zagazowała część grupy, która dotarła spóźniona już po rozpoczęciu meczu, a potem utrudniała jej jeszcze dostanie się na nasz sektor. Oczywiście część ochroniarzy miała pozasłaniane twarze i pochowane identyfikatory. Sytuacja szybko się uspokoiła i do końca pierwszej połowy jechaliśmy z całkiem dobrym dopingiem. Po przerwie było jeszcze lepiej. W piątkowy wieczór naszym hitem była reaktywowana w Gdańsku pieśń „W grodzie Przemysława..”, która przy świetnej akustyce, robocie bębniarzy i prowadzącego wychodziła po prostu zajebiście. Początek drugiej połowy to także efektowna prezentacja ultras, na którą składały się sektorówka „Wielka Polska” z postacią Romana Dmowskiego obok białego orła na tle Polski, trans z jedną z myśli Dmowskiego – „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie” oraz szare i czarne machajki po bokach.


Później skupiliśmy się już tylko na dopingu, który nadal był solidny i nie zabrakło najważniejszych pieśni, jednak najlepsze było dopiero przed nami. W ostatnim kwadransie znów królowało „W grodzie Przemysława..”, a falujący sektor wyglądał, jakbyśmy zdobywali jakiś puchar czy majstra. To było to, czego ostatnio brakowało na wyjazdach – bez zamulania w napiętej pozycji, za to z dumą, mocą i radością. Z każdą minutą było coraz lepiej, mecz się skończył, a my dalej swoje. Przerwaliśmy tylko na moment, żeby podziękować piłkarzom za kolejne zwycięstwo, po czym znów na pustoszejącym stadionie dudniła nasza melodia. Śpiew był naprawdę rytmiczny, a przytupujący w ostatnich minutach lubinianie z sąsiednich sektorów chyba przyłączą się do tej opinii. Zabawa trwała jeszcze dobrych kilka minut i chyba każdy żałował, że nie ma opcji dogrywki. W końcu sprawnie opuściliśmy sektor i po raz ostatni w tej rundzie ruszyliśmy w drogę powrotną do Poznania.

Różnie to z naszymi wyjazdami ostatnio wyglądało, nie zawsze ilość przechodziła w jakość, a czasem więcej ciekawego działo się w drodze na mecz niż na sektorze. Tym razem było inaczej, zaprezentowaliśmy się tak jak wymaga tego marka naszego klubu i nas samych. Byle do wiosny!

 
Wiara Lecha na Facebooku