Tu jesteś:
| Śląsk - Lech: Jak zawsze "twierdza" zdobyta! |
| Wpisany przez qli |
| niedziela, 12 września 2010 21:32 |
|
Po raz drugi w stosunkowo krótkim okresie przyszło nam udać się do Wrocka i zmierzyć siły z WKS. Scenariusz wyjazdu można było raczej przewidzieć - lekka spinka z obu stron, zabawne w mniemaniu wrocławian wrzuty na nas i zwycięstwo na boisku, czyli trzecie z rzędu zdobycie "twierdzy". Bilety ową twierdzę rozeszły się jak zwykle szybko, a że kombinować potrafimy, to udało się nieco zwiększyć naszą liczbę na sektorze, na którym zameldowaliśmy się w nieco ponad 500 osób. Warunki w specjalu były co najmniej komfortowe, odległość niewielka - podróż w obie strony nie była żadnym wysiłkiem. Na miejscu dość sprawnie przedostaliśmy się na stadion, potem dość lajtowa kontrola i już byliśmy na sektorze. Sektorze dodajmy jednym z najgorszych w lidze - prowizoryczna konstrukcja ma beznadziejną widoczność i skrzypi przy większym poruszeniu, wprowadzając trochę obawy czy się to wszystko zaraz nie poskłada. W przeciwieństwie do dwóch ostatnich wyjazdów na Śląsk, zabrakło tym razem oprawy. W ogóle można było odnieść wrażenie, że mecz nie wywołuje emocji - z każdej strony dało się słyszeć rozważania o czekających nas niedługo wyjazdach - a to Tychy, a to Turyn, a to w końcu jak ogarnąć kolejny urlop na Legię czy Manchester. Niestety pierwszy gwizdek nie zmobilizował naszej grupy i doping stał na bardzo średnim poziomie. Faktem jest, że stadion przy Oporowskiej pozbawiony jest akustyki, ale czy to jest usprawiedliwienie do przestania meczu? Na to każdy odpowie sobie sam. Poza kilkoma zrywami, kiedy potrafiliśmy się spiąć i dać z siebie nieco więcej, doping był delikatnie mówić średni, a na twarzach malowało się jakby znudzenie. Nie tak to powinno wyglądać na wyjeździe, ale nasza postawa na tego typu eskapadach ostatnimi czasy to temat na osobną dyskusję. Kto wie, czy faktycznie "w dupach się nie poprzewracało" jak to zgrabnie ujął prowadzący doping na Ukrainie. W sumie największe ożywienie na sektorze wywołała nieuznana bramka tuż przed przerwą - to był moment prawdziwej radochy, skoku na płot i dziczy na sektorze. Śląska swoim repertuarem i wykonaniem na nikim z ekstraklasy wrażenia robić nie może, więc nawet to nie było specjalnym bodźcem. Nieco ciekawiej zrobiło się pod koniec meczu, gdzie zgodnie z naszymi przewidywaniami wrocławianie, najwyraźniej kopiując od ziomków z Krakowa, porzucili wspieranie usiłującej gonić wynik drużyny i zaczęła się trwający chyba kwadrans wymiana uprzejmości. To nawet poniekąd może łechatać kibicowską próżność, że przeciwnik łącznie jakieś 1/4 meczu poświęca na wrzuty na nas. Inna sprawa, że kreatywność WKSu odpowiada ich dopingowi i oprawom więc zaproponowaliśmy m.in. by zmienili już płytę i spytaliśmy, co o ostatnich wydarzeniach u ziomków sądzi guru wrocławian. W tak sympatycznej atmosferze mecz dobiegł końca, a już parę minut po nim zostaliśmy wypuszczeni i skierowani na dworzec, bo było bardzo miłą niespodzianką, bo spodziewaliśmy się przetrzymania na sektorze. Powrót to tradycyjnie pełno śmiechów i wygłupów, w dobrym nastroju pojawiliśmy się w Poznaniu już przed północą. Podsumowując, zdecydowanie nie był to wyjazd, który zapadnie w pamięci na lata. |



Choć Śląsk to jedna z naszych największych kos, a i po stronie wrocławian nasza obecność powoduje bulgotanie, sobotni wyjazd był niemal pozbawiony emocji i tak naprawdę możnaby powiedzieć, że po prostu się odbył.




