|
Od zeszłego czwartku minęło już trochę czasu, więc żeby cały czas pozostawac w euforycznm nastroju przypomnijmy sobie raz jeszcze turyńską eskapadę, bo opisów tego wyjazdu nigdy dośc :) Poniżej dwa teksty - pierwszy Rataja, a drugi borewicza, którzy niniejszym debiutują na naszych łamach - witamy! :) Relacje oddzielone zdjęciami autora pierwszej z nich.
Wśród fanów poznańskiego Lecha spore emocje wzbudziło już samo losowanie fazy grupowej Ligi Europejskiej. Trafienie na legendarną drużynę Juventusu Turyn było spełnieniem wielu marzeń z dzieciństwa, bo kto z nas nie miał przynajmniej jednego kolegi który biegał po podwórku w koszulce w biało czarne pasy często z nazwiskiem Del Piero na plecach? Zaraz po losowaniu w mediach dało się słyszeć szydercze komentarze, jak to ta wielka włoska drużyna zmiażdży Kolejorza i pokaże mu miejsce na piłkarskiej mapie świata, gdzieś między drużynami z Armenii a Kazachstanu. Dla nas fanatyków to nie było najważniejsze, za Lechem jeździmy przecież zawsze i wszędzie. Pomyśleć, że jeszcze parę lat temu „przemierzać cały świat” znaczyło dla nas wyjazd na mecz z Włókniarzem Kietrz, Stalą Gorzyce czy też Drwęcą Nowe Miasto Lubawskie (bez obrazy dla kibiców tych drużyn) a teraz jedziemy do Turynu, miasta kojarzonego z piłką nożną na całym świecie. Nie bez znaczenie był też dodatkowy podtekst meczu, jedna z grup ultrasowskich Juve, konkretnie Drughi, jest zaprzyjaźniona z kibicami warszawskiej Legii.
Planowanie podróży do Włoch, na dodatek północnej części było miłą odmianą po karkołomnych wyprawach do Baku czy też Dniepropietrowska. Nie trzeba się było potężnie zapożyczać a i o urlop nieco łatwiej na dwa dni niż na cały tydzień szczególnie, że wakacje się już skończyły. Tym razem najpopularniejszym środkiem transportu były zdecydowanie samochody i autokary, nie ma się zresztą co dziwić bo z całej 1.400 kilometrowej trasy po autostradach nie jechało się tylko odcinka od Nowego Tomyśla do Świecka. Co niektórzy do Włoch udali się też oczywiście samolotami - w końcu loty do Mediolanu do najdroższych nie należą.
Biletów na mecz od Włochów dostaliśmy ok. 1.500 w wyjątkowo korzystnej cenie 10 euro czyli ok. 40 zł. Dodajmy że najtańszy bilet na mecz przy Bułgarskiej z Dnipro kosztował 65 zł, a na mecze z Legią czy Wisła kosztowały prawie 100 zł. Makaroniarze jak to makaroniarze, prawie zapomnieli wysłać bilety do Poznania, przez co ich dystrybucja (a konkretniej wymiana sprzedawanych wcześniej voucherów) zaczęła się dopiero w poniedziałek, 13 września.
Sporo kibiców Kolejorza do Włoch przybyło już w środę rano. Na meczu Ligi Mistrzów AC Milan z Auxerre było ich prawie 200 i tutaj też miła niespodzianka, bilety na ten mecz można było kupić bez problemu i to w cenie... 16 euro!
Kibole Lecha zbierali się na Piazza Castello (znanym chociażby z zimowych igrzysk olimpijskich), centralnym placu Turynu już od samego rana w czwartek. Gdzieniegdzie dało się dojrzeć pojedynczych fanów Juve obczajających niebiesko – białych kibiców, oraz małą grupkę Drughi w pobliżu sklepu Juventusu mieszczącego się przy jednej z bocznych uliczek. Sam Turyn jest kompletnie nieciekawym miastem, poza głównym rynkiem nie ma tam nic godnego uwagi, już lepiej udać się na wycieczkę do oddalonego o zaledwie 100 km autostradą Mediolanu. Zaskoczeniem jest za to ilość „cór Koryntu”, które to po zmroku stoją w sporych ilościach na każdej ulicy wylotowej z miasta. Rynek w dniu meczu zabezpieczało kilka radiolek carabinieri. Co ciekawe tak wystylizowanych „stróżów prawa” jeszcze nigdy nie widzieliśmy, każdy z nich miał kilkudniowy przystrzyżony zarost, baki no i wielkie przeciwsłoneczne okulary jak z Miami Vice, normalnie „Zara Police edition 2010”;).
Punktualnie o 16:30, kiedy to plac był już wypełniony fanami Kolejorza rozpoczęły się śpiewy, wtedy też skośnoocy turyści będący na placu w pośpiechu zaczęli wyciągać kamery i aparaty. Po chwili ruszyliśmy pieszo w kierunku stadionu olimpijskiego (dawniej zwanego „communale”), który należy do Torino, Juve gra tam gościnnie z powodu remontu stadionu Delle Alpi. Tradycyjnie już podczas naszych spacerów, sparaliżowany został ruch samochodowy i tramwajowy w centrum miasta. Włosi wysiadali z samochodów, wychodzili na balkony i aż gęby im się uśmiechały na nasz widok. Dodać trzeba, że Juventus nie jest wcale popularnym zespołem w Turynie, tam zdecydowanie rządzą kibice Torino. Nie dziwne więc jest, że sporo z przypadkowych przechodniów dołączało się do naszych okrzyków „Juve, Juve vafanculo!” czyli w uproszczonym tłumaczeniu „Juve, Juve do widzenia”;). Policjanci próbowali nas nakłonić abyśmy wsiedli do specjalnie podstawionych na jednym z placów autobusów miejskich. Oczywiście nie udało im się to bo przecież przemarsz przed meczem w europejskich pucharach jest równie ważny co mecz, na dodatek każdy łapał jeszcze ładnej pogody o jakiej w Polsce możemy niestety już tylko pomarzyć – w dniu meczu w Turynie było 28 stopni.
Samo wejście na stadion, pomimo trzech kontroli, odbyło się bardzo sprawnie i każdemu z kiboli nie zajęło więcej niż 15 minut. Tego polskie kluby mogłyby się od Włochów uczyć. Kiedy na ponad godzinę przed meczem weszliśmy na trybunę zaskoczeniem była dla nas ilość flag rozwieszonych na stadionie, było ich kilkadziesiąt, kilkudziesięciu było wtedy też kibiców na trybunach. Z racji tego, że jak wspomniałem wcześniej większość kibiców Juve nie pochodzi z Turynu, widok flag takich jak „Juve fans from Russia” czy „San Francisco” nie dziwił. Zajmowaliśmy sektor w narożniku boiska, za przeciwległą bramką (trybuna curva sud) znajdował się „pierwszy” młyn kibiców Juventusu, w którym doping kręciła ekipa Drughi oraz Bravi Ragazzi posiadający największą i zarazem najbardziej efektowną flagę. W tym miejscu wisiała też flaga „Legia Warszawa”. Na trybunie za bramką znajdującą się bliżej nas (curva nord) doping prowadzili kibice z grup Viking oraz Nucleo Ultras (ekipa, która ma barwy czarno – biało ... różowe, zresztą kolor ten nie powinien być zaskoczeniem skoro największa sportowa gazeta we Włoszech - La Gazzetta Dello Sport ukazuje się na różowym papierze).
Finalnie na meczu zjawiło się ok. 10.000 osób. Frekwencja ta nie była dla nikogo zaskoczeniem, na mecze Juve rozgrywane z innymi drużynami niż AC Milan, Inter, Real Madryt czy np. FC Barcelona przeważnie chodzi mniejsza liczba kibiców a to ze względu na dojazdy. Zwiększeniu ilości fanów na meczach na pewno nie sprzyja również zaostrzenie przepisów dotyczących kibiców we Włoszech – efektem reform mających na celu, przynajmniej w zamyśle polityków, zwiększenie bezpieczeństwa na trybunach jest ogromny spadek frekwencji w całej Serie A.
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sprawdziliśmy predyspozycje kibiców Juve. Kiedy na każdy nasz okrzyk w odpowiedzi słyszeliśmy głośne gwizdy całego stadionu wiedzieliśmy, że przeciwnik jest łatwy do sprowokowania i że dzięki temu emocji nie zabraknie. Żeby jeszcze bardziej rozgrzać fanów „Starej Damy”, krzyknęliśmy znane już z przemarszu „Juve, Juve vafanculo” i ruszyliśmy z głośnym dopingiem dla drużyny Kolejorza. Niestety ze względu na nowe włoskie przepisy o bezpieczeństwie imprez masowych na sektor nie mogliśmy wnieść megafonów, przez co nieco utrudnionym stało się ogarnięcie śpiewania na dwóch piętrach sektora gości. Na tym wyjeździe po raz kolejny okazało się jak ważnym dla właściwego tempa dopingu jest bęben, bez niego po czasie każda z piosenek była śpiewana „na wyścigi”. Razem z nami na stadionie w Turynie zasiedli także kibice Arki, Cracovii i KSZO, wszystkie zgody przyjechały na ten mecz ze swoimi flagami.
Co do zgód. Śmiało można powiedzieć, że dzięki nam Legia nie ma już zgody tylko z ekipą Drughi ale z całym Juventusem. Jeszcze przed rozpoczęciem meczu fani Juve z curva sud machali nam przez dłuży czas flagą „przyjaciółki”. Po pierwszym gwizdku mała flaga z herbem CWKSu znalazła się także na sektorze obok nas, na trybunie curva nord. Kibice tam zasiadający okazali się klasycznymi napinaczami i wymachiwali do nas różnymi częściami ciała pokazując przy tym gesty podrzynania gardła, ot taka specyfika nie obca też polskim stadionom.
Pierwszy gol dla Kolejorza strzelony z rzutu karnego był zaskoczeniem dla wszystkich. Dało się jednak słyszeć głosy, że mamy szczęście a Juventus pewnie zaraz sprowadzi nas na ziemi. Dlatego też jeszcze większym zaskoczeniem był drugi gol dla Lecha. Wybuch radości był ogromny, po uspokojeniu kibole przecierali oczy ze zdumienia aby sprawdzić czy na telebimie faktycznie widnieje wynik 0:2. Już wtedy doping prowadziliśmy mocno nakręceni, szczególnie, że pierwszy raz po meczu z Dnipro pojawiło się już kultowe „Auuu, Auuu”. Wtedy też na naszym sektorze temperatura sięgała z emocji chyba 100 stopni przez co wszyscy pościągali koszulki. Dobry manewrem okazało się wyciszanie piosenek przez co po chwili można było uderzyć ze zdwojoną siłą. O tym jak głośni byliśmy, non stop nie pozwalali nam zapomnieć kibice Juve, którzy co rusz gwizdali gdy tylko się odezwaliśmy.
W tym czasie doping fanów Juve to tylko jakieś mruczenie. Wspomnieć trzeba, że pierwszy młyn z ekipą Drughi na czele to ok. 200 osób. Drugi sektor zagorzałych turyńskich kibiców zasiadających na curva nord to ok. 50 osób. Jedni i drudzy śpiewali kompletnie niezależnie od siebie. Stadion nieco przebudził się w 46 minucie kiedy to Juve strzeliło kontaktowego gola, wtedy też odpalona została na trybunie bliżej nas jedna raca, która po chwili wylądowała między krzesełkami.
Po rozpoczęciu drugiej połowy na trybunie zajmowanej przez grupę Drughi pojawiła się „oprawa” – nieudana kartoniada, przynajmniej tak wtedy myśleliśmy. Faktycznie było to protest fanów Juventusu przeciwko nowym kartom kibica dopiero co wprowadzonym w Italii - na kartkach trzymanych przez kibiców znajdował się napis „NO”.
Tak naprawdę, coś za co kiedyś polscy fani cenili włoskie ekipy, czyli głośny melodyjny śpiew usłyszeliśmy dopiero po trzecim golu dla Juve. Wtedy to, jeden, jedyny raz w trakcie meczu śpiewał cały stadion.
Fani z grup Viking oraz Nucleo Ultras w samej końcówce meczu, kiedy to Juve prowadziło regularnie intonowali piosenkę „Leeegiaaa Warszawaaa” co w ich wykonaniu brzmiało jak „Legia Warsiawa” ;) W odpowiedzi usłyszeli od nas pieśń bynajmniej nie sławiącą warszawskiego klubu. Juventus próbował krzyczeć coś po polsku jednak dla nas było to całkowicie niezrozumiałe. Jak istotnym jest uczenie się języków obcych udowodniliśmy fanom zasiadającym na stadionie w Turynie gdy ci zaczęli głośno krzyczeć „Juuuveee”. Zaraz po jednym z tych okrzyków zaintonowaliśmy jakże ważne słowo „meeerdaaa”. Zaskoczenie Włochów aż dało się słyszeć, więcej już nie dopingowali w ten sposób.
Od około 85 minuty, fani Juve zaczęli schodzić w dół trybun do płotu (konkretniej barierki z pleksi) aby zaraz po meczu pozdrowić swoich piłkarzy. Wtedy też konkretnego przebudzenia doznali turyńscy napinacze. Ich zapał ostygł w jednej chwili gdy tylko w 92 minucie po fenomenalnym golu stan rywalizacji między Lechem a Juventusem wynosił 3:3. Jeżeli wybuch radości po drugim golu dla Kolejorza był wielki to tym razem był przeogromny. Nikt chyba nie śnił o tym, że uda nam się strzelić trzy gole Juventusowi na wyjeździe. Kibice Juve szybko zaczęli opuszczać stadion a my bawiliśmy się na sektorze jeszcze długo po końcowym gwizdku.
Na trybunie przetrzymano nas jeszcze jakieś 40 minut po zakończeniu meczu. W tym momencie na stadion dobiła ekipa z ostatniego pechowego autokaru, który z Poznania wyjechał w środę o godzinie 14 (w trakcie podróży zepsuł się pojazd i na zastępczy trzeba było czekać 8 godzin). Później odprowadzeni zostaliśmy do wyjścia ze stadionu a konkretniej ogrodzonej drogi, na której stały już nasze autokary oraz podstawione autobusy miejskie, które miały przewieźć nas do centrum miasta. To nie pasowało kibicom, którzy mieli pozostawione samochody na parkingu mieszczącym się obok parku przy stadionie. Po interwencji „tych co mają klucz do każdej bramy” wysypaliśmy się na ulicę, ku wielkiemu przerażeniu obstawiających mecz carabinieri. Jeden z nich chciał nawet użyć swego oręża w postaci pałki ta jednak... złamała się a dzielny stróż prawa uciekł i schował się w samochodzie. Carabinieri nie niepokoili już nikogo dzięki czemu można było spokojnie udać się na parking po samochód.
Większość fanów po meczu udała się w drogę powrotną do Polski, w tym i załoga „pechowego” autokaru, który znowu miał pecha i złapał gumę. Tych którzy zostali we Włoszech na jeszcze jedną noc można było spotkać w piątek nad ranem podczas zwiedzania stadionu San Siro w Mediolanie.
Był to mecz, na który większość z nas czekała od dzieciaka, ku zaskoczeniu wszystkich zakończony pozytywnym wynikiem. Na pewno zaś żadną niespodzianą nie był wynik rywalizacji na trybunach, chociaż z drugiej strony chyba nikt nie spodziewał się, że Juve będzie aż tak słabe. Podsumowując, jeszcze nie tak dawno to my zachwycaliśmy się kibicowaniem we Włoszech, a teraz to Włosi zachwycają się naszym stylem. Nadeszła zatem najwyższa pora aby teraz, podczas kolejnego europejskiego wyjazdu, pokazać jak powinien wyglądać kibicowski fanatyzm dumnym Anglikom!



Kilka tygodni temu poznaliśmy naszych rywali w grupie LE. Pierwszym z nich miał być legendarny Juventus. Dla wielu kiboli wieść o takim pojedynku wydawała się wręcz nieprawdopodobna. Gdzie nam maluczkim do takich elit jak Juve, MC czy napompowany kasą Red Bull? Wyjazdy mimo, że bez specjalnego dreszczyku emocji jak w przypadku choćby Stambułu czy Chorwacji rozbudziły spore zainteresowanie wśród kiboli Lecha oraz sporej rzeszy fanów "dobrej piłki", którzy szczególnie zainteresowali się naszym meczem z MC. Przygotowania do wyjazdu do Turynu ruszyły pełną parą. Dodatkowym smaczkiem naszej konfrontacji ze Starą Damą była możliwość natknięcia się w Turynie na fanów Legii, która utrzymuje z włochami dobre kontakty. Pociągi, auta, autobusy i samoloty - tradycyjnie kibole Lecha wykazali sporą kreatywność w wyborze dojazdu na mecz. W końcu 16 września o 16 30 na Piazza Castello w centrum stolicy Piemontu daje się słyszeć głośny ryk " Poznań, Poznań, hej Kolejorz" to prawie 1500 fanów Lecha daje o sobie znać. Kilka innych pieśni, przywitań ze znajomymi i ruszamy w kierunku Stadio Comunale. Widok niebiesko - białej armii robi na włochach spore wrażenie, wychodzą ze sklepów i na balkony w pobliskich budynkach. Już na początku marszu dajemy znać co myślimy o przyjaciołach legionistów, co spotyka się z uznaniem mijanych turyńczyków. W Turynie większość ludzi kibicuje Torino i nie przepada za Juve. Włosi klaszczą i śmieją się gdy "pozdrawiamy" Juventus. Przemarsz przebiega jak zwykle wzorowo. W pewnym momencie na naszej trasie spotykamy podstawione przez karabinierów autobusy, które miały nas zawieźć na stadion, wszyscy jednak zgodnie decydują się na dalszy marsz. Jeszcze kilka ulic i docieramy pod stadion. Kontrola na bramkach i wchodzimy. Na sektorze wieszamy nasze flagi oraz naszych przyjaciół z KSZO, Arki i Cracovii, którzy postanowili nas wspierać w pojedynku z Juve. Na początku meczu "pozdrawiamy" Legię, której flaga zdobi sektor turyńczyków. No ale nie przyjechaliśmy tutaj wymieniać się uprzejmościami z warszawiakami więc ruszamy z dopingiem dla ukochanego Kolejorza. Podobnie jak w Dniepropietrowsku większość kiboli ostrożnie podchodziła do sportowego aspektu spotkania, jakże wielka była nasza radość, gdy Lech wyszedł na prowadzenie. Ryknęliśmy z całych sił " Kolejorz, Kolejorz, Kolejorz!" Śpiew i wielkie uśmiechy na ustach. Po kilkunastu minutach, druga bramka, na sektorze euforia. Wrzeszczymy wniebogłosy i podobnie jak piłkarze na boisku, dajemy z siebie wszystko. Niestety w doliczonym czasie pierwszej połowy Juve zdobywa bramkę kontaktową, no ale my dalej swoje. W drugiej połowie Juventus przydusił naszych piłkarzy a i nasz doping przez to lekko osłabł, jednak dalej nie przestawaliśmy wierzyć. Lech przegrywał już 3-2 kiedy w ostatniej minucie doliczonego czasu gry nasz nowy zawodnik Rudnevs popisał się przepięknym strzałem i wyrównał na 3-3. Sektor oszalał, kibole wspinali się na bandy odgradzające nas od boiska i skakali sobie w ramiona. Coś pięknego, emocje i atmosfera na tym meczu na długo zostaną w naszych głowach. Po meczu wielka radość ale i lekki niespodziewany niedosyt. W końcu prowadziliśmy już 2-0, no ale nie ma co wybrzydzać, niejeden nie wierzył nawet w remis. Po meczu sporo kiboli wraca do Poznania a reszta grupkami udaje się w różne miejsca w Turynie w poszukiwaniu rozrywki, bo było co świętować. Podobno kilka naszych grup spotkało na swojej drodze "Indian z Warszawy" jednak Apacze nie zdobyli żadnych skalpów :) Następnego dnia wsiadam w samolot do domu, w uszach nadal dźwięczą przyśpiewki a przed oczyma mam piękną walkę naszych na boisku. Jaka szkoda, że te chwile nie trwają dłużej. W moje drodze do domu spotykam na lotnisku w Neapolu piłkarzy z Utrechtu, którzy grali z Napoli, włosi gratulują im remisu i klepią po plecach, widać, że klimaty na półwyspie Apenińskim są trochę inne niż u nas. Kilka godzin w samolocie i jestem w domu. Oglądam mecz w TV i nie mogę się nacieszyć, że Lech znowu daje mi takie powody do dumy. No ale nie ma się co oglądać za siebie, czas rozpocząć przygotowania do kolejnego wyjazdu. Przed nami następne starcia i niezapomniane przygody. Jak wspaniale jest być kibolem Kolejorza!
|