Tu jesteś:
| LECH-ŚLĄSK, WARTA-KSZO i LECH-PODBESKIDZIE, czyli tryptyk przy Bułgarskiej |
| Wpisany przez Bodziu |
| środa, 06 kwietnia 2011 16:44 |
|
1 kwietnia, w prima aprilis podejmowaliśmy u siebie ekipę Śląska Wrocław. Mimo, że ten mecz do miana kibicowskiego klasyku mógł aspirować bardziej w latach 90.tych niż obecnie, z uwagi na fakt, iż popularni u nas „Malinowi” od baaardzo dawna nie zwizytowali naszego obiektu w zorganizowanej grupie, można było spodziewać się po nich wyjątkowej mobilizacji a i z naszej strony było wiadomo, że obok meczu, z uwagi na nasze niezbyt przyjazne stosunki, z pewnością nie przejdziemy obojętnie. Ale po kolei. Zaczynając od gości – przybywali oni do stolicy Wielkopolski korzystając z różnych środków transportu – zarówno autami, jak i autobusami i pociągami. Ostatecznie dotarło ich do Poznania (jak sami się określają) ok. 1.850 (tyle zeszło biletów). Łatwo zauważyć, że nie wykorzystali zatem całej przeznaczonej dla siebie puli, co – mimo piątkowej daty rozegrania meczu – należy uznać jednak za niespodziankę in minus, mając w pamięci wspomnianą długą nieobecność wrocławian na Bułgarskiej. Na wejście prezentują (trzeba powiedzieć, iż jak na nich dość starannie wykonaną) sektorówkę-pocisk, stanowiącą odpowiedź na naszych „Kiepskich” z hasłem: „Niezły doping i oprawy, marna duma i zasady” z naszym („nowym”) herbem wkomponowanym we wronieckie wrony. Cóż, można było w sumie przypuszczać, że „wyszukane” wyzywanie od Amiki raczej szybko im się nie znudzi i pewnie zmutowaną wersję tej oprawy będziemy jeszcze kilkukrotnie oglądać. Żeby jednak być w pełni sprawiedliwym należy Śląskowi oddać, iż od czasu naszych niedawnych kilku wypraw na Oporowską znacznie poprawili się pod względem wokalnym - wzbogacili repertuar i chwilami byli naprawdę głośni. Dobry efekt dało też „pobudzanie” do śpiewów kilkukrotnie odpalonymi przez nich achtungami. Z kronikarskiego obowiązku trzeba dodać, że prócz Śląska obecne kilkuosobowe delegacje Wisły i Lechii, 18 osób z Miedzi Legnica i – będąc konsekwentnym po wrocławsku – 26 kibiców Spartakusa Szarowola. Przedstawicieli czeskiej Slavii Kromeriz nie stwierdzono. Jeśli chodzi o nas, na oprawę Śląska odpowiadamy transem: „żarty żartami – Lech Poznań zawsze nad Wami”, w Kotle wieszamy też transparent z jasnym przesłaniem: „Mari pamiętamy - 30.03.2003”. Co do dopingu, hmmm – po raz kolejny trzeba napisać jedynie, że „momenty były” i powtórzyć wyświechtany frazes „stać nas na więcej”. Trudno wytłumaczyć jak to jest, że niektóre przyśpiewki potrafimy ciągnąć długo i głośno, a niektóre – mimo dwojenia i trojenia się prowadzących – śpiewamy pod nosem, jakby za karę. Przed czekającymi nas meczami z Górnikiem, Ruchem i przede wszystkim najbliższym z Legią – znów trzeba ogólnie apelować o nasze „spięcie się”, bo wokalnie ekipy te mają z pewnością większy potencjał niż wrocławianie. Plusami piątkowego meczu były jednak z pewnością stale powiewające w Kotle (na dwóch jego poziomach) flagi, które, miejmy nadzieję, wystraszą i ostatecznie wypłoszą z Kotła nieśpiewających „oglądaczy” i flaga „Duszyczek” zawieszona w sektorze dziecięcym (wypełnionym przez ponad tysiąc młodych kiboli) - będąca oczywistą ripostą na absurdalne „zarzuty” gw dotyczące roli WL w utworzeniu darmowego sektora dla gzubów. Po chóralnych śpiewach maluchów widać było zresztą, że o rzekomy „rząd dusz” walczymy skutecznie :)
Z nami w piątek na sektorach byli obecni kibole z Ostrowca, których ukochane KSZO w sobotnie popołudnie grało przy Bułgarskiej z Wartą. Oczywiście nas również nie mogło na wsparciu naszej najstarszej zgody zabraknąć i tłumnie (niektórzy prosto z meczu rugbistów Posnanii) stawiliśmy się w Kotle również w sobotę (razem z KSZOkami było nas ok. 2 tysięcy). Na boisku wśród jednych jak i drugich sporo naszych „dobrych znajomych”, ale trybuny I,III i IV w większości wyglądały już jakby żywcem przeniesione spod Vellikanki. Zażarta walka o darmowe baloniki czy przechadzająca się po sektorach wielka żaba(?), to tylko niektóre z twarzy „zielonej rewolucji”. Na szczęście my daliśmy radę i pokazaliśmy dobrą poznańską szkołę kibicowania. Wielu (w tym autor) twierdzi, że doping w Kotle (tu trzeba zauważyć, iż zrezygnowaliśmy z oprawy i bardziej szumnej otoczki meczu zgodowego, ze względu na trwający protest naszych braci) był nawet lepszy niż dzień wcześniej, być może dlatego, że obecni wiedzieli po co się tam stawili i nie musząc stać w towarzystwie wielbicieli „talentów piłkarskich” naszych skórokopów – byli naprawdę głośni, a doping dla ostrowieckich wręcz rósł i tężał z każdym golem Warciarzy, bo na boisku piłkarze KSZO dostali jednak srogi łomot. Po meczu pozdrawiamy jeszcze Kapitana i można było będąc zadowolonym z pierwszorzędnej zabawy rozejść się do domów.
We wtorek znów przyszło nam oglądać na naszym „cudownym” estadio mecz Lecha, który mierzył się w pierwszym meczu półfinału Pucharu Polski z sensacyjnym pogromcą wiślaków – Podbeskidziem Bielsko-Biała. Na wejście rzucamy serpentyny i nowi (wraz z nowym-starym) prowadzący na podeście zaczęli jechać z dopingiem, który znów był tego dnia bardzo nierówny – momentami dobrze, czy bardzo dobrze, czasami jednak słabiutko czy co najwyżej średnio. W Kotle znów przez cały mecz powiewają flagi na kijach. Z „nowości” warto też wspomnieć o dialogu z sektorem „duszyczek” - po „Lech to są Pany - …” pewnie trzeba teraz czekać na wynurzenia ulubionych redaktorów o promowaniu przez hordę kiboli wśród najmłodszych neosatanizmu :) Kopacze znów „dali radę” stawiając się pod ścianą na najprostszej chyba drodze do europejskich pucharów w przyszłym sezonie. Po „wspaniałych” zawodach wysłuchali co mamy do powiedzenia na temat kompromitacji z pierwszoligowcem i nie podchodząc pod Kocioł uciekli od razu do szatni. Wypada mieć nadzieję, że jakoś ogarną się w Bielsku i że jednak będzie nam dane po raz kolejny przeżyć niebiesko-białą inwazję związaną z finałem Pucharu Polski. Jak już jesteśmy przy nadziei (tudzież nadzieji jak chcą niektórzy :)), warto trzymać kciuki, że żołnierski komunikat jednego z prowadzących o dyscyplinie na meczu z Legią zostanie wprowadzony w życie i że najbliższy mecz na Bułgarskiej będziemy wspominać jako jeden wielki, jednostajny huk z naszej strony i nie będziemy musieli się nawet zastanawiać czy i ile razy „przebili się” Legioniści… Goście z Bielska-Białej, głównie dzięki bramce w ostatniej w zasadzie sekundzie gry, zaliczają przysłowiowy „wyjazd ch*ja”. Choć trzeba tu od razu powiedzieć, że stawili się (w środku tygodnia) w bardzo dobrej jak na nich liczbie ok. 500 głów, do momentu straty bramki prowadzili dość aktywny doping, próbowali nawet ultrasować. Swoją prawdziwą kibolską wartość z pewnością będą musieli jednak jeszcze z dobre kilka razy udowodnić. |








