Tu jesteś:
| Inter - Lech początek pucharowej przygody |
| Wpisany przez Bodziu |
| czwartek, 15 lipca 2010 22:17 |
|
Na wyjazd udaliśmy się dzięki pomocy klubu charterowym samolotem w poniedziałek z samego rana, razem z piłkarzami i sztabem, choć znaleźli się także śmiałkowie, którzy drogę do Baku pokonywali lądem przez Gruzję (bardzo liczymy na odrębną relację). Sama odprawa i podróż upłynęły dość spokojnie i na obu lotniskach bez jakichś szczególnych komplikacji. Grafik mieliśmy za to bardzo napięty już od momentu samego przyjazdu. Po rozlokowaniu w kilku hotelach znajdujących się blisko siebie w centrum, większa część z nas (z wyjątkiem tych, którzy Baku już odwiedzili) udała się na wycieczkę po stolicy z przewodnikiem. Od razu trzeba napisać, że miasto robi naprawdę spore wrażenie. Mimo, że zdarzają się jeszcze gdzieniegdzie relikty typowo sowieckie - przepych, rozmach i jego bizantyjski styl są naprawdę godne podziwu. Miasto przypomina jeden wielki plac budowy i trzeba zauważyć, iż znacznie rozwinęło się w ciągu ostatnich dwóch lat i że jest w zasadzie w pełni europejską metropolią, jakiej u nas szukać jeszcze próżno. Po obejrzeniu ważniejszych zabytków mieliśmy dosłownie chwilę na luzowanie się na głównym bulwarze. Posiedzieliśmy sobie zatem nad zbiornikiem ropy zwanym szumnie Morzem Kaspijskim, z którego spokojnie można by wprost zatankować do pełna jakiegoś Żuka czy Kamaza :) Nawdychani azerbejdżańskim „jodem” udaliśmy się na kolację, gdzie mieliśmy okazję skosztować miejscowych wiktuałów, wśród których sporym zainteresowaniem cieszył się brzoskwiniowy samogon. Po konsumpcji większa część z nas wsiadła do busów, które zatrzymały się tuż przy bulwarze. W tym miejscu nastąpił chyba najlepszy moment wyjazdu. Spontanicznie udaliśmy się na jeden z placów bulwaru i jak na komendę zaczęliśmy głośne i donośne śpiewy. Stanowiliśmy chyba nie lada atrakcję dla miejscowych, bo z miejsca otoczyli nas wianuszkiem i zaczęli robić foty :) Potem z nieustannym śpiewem na ustach i po zdjęciu koszulek wróciliśmy do hoteli. Jeszcze na bulwarze dało się jednak odczuć, że w tym kraju służby mają cały czas sporo do powiedzenia (podczas oglądania Baku naszej grupie też dyskretnie towarzyszył przynajmniej jeden mundurowy), jednak na szczęście w tym przypadku prawie natychmiast sobie odpuścili i radiolka pojechała dalej, już nas nie niepokojąc. Jesteśmy też zgodni, że dla tego krótkiego momentu (którego nie zrozumie żaden nie-fanatyk) warto było poświęcić swój czas i kasę, za którą ze spokojem przez tydzień pobyczylibyśmy się w jakimś egipskim all-inclusiv’ie. Bezcenne. Po odświeżeniu się w hotelu (w Baku temperatura dochodziła do 40 stopni, by w nocy spadać do 30), zaczęła się akcja „Baku-by-night” i udaliśmy się już w mniejszych grupach na nocne rajdy taryfami po mieście, odwiedziny nocnych klubów (w jednym z nich na wejściu z głośników powitał nas…Liroy) wraz z kontemplowaniem wdzięków miejscowych białogłów :) Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że we wtorek większa grupa miała zaplanowaną wycieczkę w góry Kaukazu, na którą busy ruszały o…5 nad ranem! Nie trzeba dodawać, że zdecydowana większość dotarła na tę zbiórkę „na sam styk”, a część nie dotarła na nią w ogóle :) Na miejsce dojechaliśmy po ok. 4 godzinach, choć siłą rzeczy niewielu pamięta wrażenia z samej jazdy. Fakt jednak, że widoki za oknem naprawdę zapierały dech w piersiach (zwłaszcza 30-metrowe rozpadliny roztaczające się ok. 30 cm za kołami autobusu). Sama górska wioska Lahic, która byłem celem podróży, nieco jednak rozczarowała, a może dało znać o sobie nasze zmęczenie, tudzież prażące niemiłosiernie słońce (warto dodać, że w celu poszanowania miejscowej tradycji mieliśmy na sobie długie spodnie). Mieścinę zamieszkują miejscowi autochtoni w warunkach, które u nas śmiało określilibyśmy jako XIX-wieczne, widać jednak, że do wizyt turystów są w sumie przyzwyczajeni. Po ponad godzinie chodzenia po kaukaskich urwiskach wróciliśmy do Baku, gdzie mieliśmy jeszcze chwilę na ogarnięcie się przed meczem. Warto też dodać, że ci z nas, którzy nie pojechali w góry udali się w tym czasie na plażę, gdzie mieli okazję poleniuchować nad wodą już mniej przypominającą etylinę. Woda w Morzu Kaspijskim była do tego znacznie cieplejsza niż ta w polskich jeziorach, a nasi przedstawiciele rozegrali z Azerbejdżanami mecz piłki plażowej. Na narodowym stadionie im. Tofika Bachramowa (mecz nie mógł zostać rozegrany na wynajmowanym przez Inter stadionie Shafa) meldujemy się bez jakiejkolwiek kontroli dobrą godzinę przed meczem. W przeciwieństwie do poprzedniej wizyty - „dostajemy” teraz łuk stadionu. Na sektorze jest nas 87, zatem o trzy osoby więcej niż dwa lata temu. Z powodu braku sensownego ogrodzenia rozkładamy 14 flag (Lech Poznań, Fanatycy, UL’01, e-Lech’02, Legion Piła, Gniezno, Leszno, Nowy Tomyśl, Koło, Pobiedziska, Turek, Bnin, WiW on Tour, Lokomotywa) na krzesełkach. Nasz doping…delikatnie pisząc w ziemię nie wgniatał. Można szukać usprawiedliwień w braku etatowych prowadzących, temperaturze (chociaż podczas meczu nie była wcale taka najgorsza, tzn. człowiek nie pocił się od samego stania w cieniu :)), czy zmęczeniu, ale robić tego nie ma powodu, wszyscy wiemy, że mogło i w sumie powinno być choć trochę lepiej. Z pewnością będzie tak w kolejnej rundzie. Gospodarze nas bowiem raczej dodatkowo nie motywowali i również nie pokazali zgodnie z oczekiwaniami niczego ciekawego, mecz toczył się więc raczej w atmosferze sparingu. Prowokacji na „gołe klaty” tym razem nie było. Co ciekawe - Inter miał trzy młyny, jeden to kibice Interu, drugi - kibice Galatasaray, a trzeci kibice w koszulkach Fenerbahce (mimo, że kibice tureckich klubów to oczywiście żyjąca w Azerbejdżanie turecka diaspora, kibole obu drużyn ze Stambułu siedzieli daleko od siebie :)). Wspólnym mianownikiem była za to średnia wieku wszystkich trzech „ośrodków dopingu” – mianowicie 15-16 lat. Kibice Interu coś tam smętnie pozawodzili i pomachali balonikami, pod koniec meczu jedni Turcy krzyknęli „Galata!”, a ci z „młyna Fener” (cały mecz trzymali fanę[?] „Inter - fans for ever”) odpalili trochę „piro” w stylu wkładanych u nas w torty świeczek. Kopacze po wygranym meczu usłyszeli jeszcze, że mają się szybko wykąpać i zmęczeni – choć w bardzo dobrych humorach – udaliśmy się od razu na lotnisko. Po czterogodzinnym locie wypełnionym głównie drzemką, zameldowaliśmy się w Poznaniu w nocy z wtorku na środę, krótko przed drugą. Wróciliśmy z głębokim „podejrzeniem graniczącym z pewnością”, że z uwagi na wprowadzony przez UEFA kompletnie „z czapy” geograficzny podział na koszyki i na nieubłaganą statystykę – pewnie znów za dwa, trzy lata (pod warunkiem rzecz jasna regularnej gry Kolejorza w europejskich pucharach) w tamte rejony wrócimy. Większość już nie może się doczekać :) |



Kiedy los skazał Lecha Poznań na pojedynki z Interem Baku w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów – nie przyjęliśmy tego bynajmniej z entuzjazmem. Fanatycy byli już bowiem w stolicy Azerbejdżanu w 2005 roku (przy okazji meczu w Pucharze Intertoto z Karwanem Jewlach) i dwa lata temu, kiedy to Lech zaczynał swą udaną pucharową przygodę dwumeczem z Chazarem Lankaran. Cóż było jednak robić, jak nie zacisnąć zębów (pasa)/poszukać kredytu i udać się w kolejną długą pucharową podróż za Kolejorzem. Taki już nasz fanatyczny tryb życia.




