Tu jesteś:

Start » Inne aktualności » Wyjazdy » Inter - Lech początek pucharowej przygody
Inter - Lech początek pucharowej przygody
Ocena użytkowników: / 52
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Bodziu   
czwartek, 15 lipca 2010 22:17
AddThis Social Bookmark Button

megafonKiedy los skazał Lecha Poznań na pojedynki z Interem Baku w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów – nie przyjęliśmy tego bynajmniej z entuzjazmem. Fanatycy byli już bowiem w stolicy Azerbejdżanu w 2005 roku (przy okazji meczu w Pucharze Intertoto z Karwanem Jewlach) i dwa lata temu, kiedy to Lech zaczynał swą udaną pucharową przygodę dwumeczem z Chazarem Lankaran. Cóż było jednak robić, jak nie zacisnąć zębów (pasa)/poszukać kredytu i udać się w kolejną długą pucharową podróż za Kolejorzem. Taki już nasz fanatyczny tryb życia.

Na wyjazd udaliśmy się dzięki pomocy klubu charterowym samolotem w poniedziałek z samego rana, razem z piłkarzami i sztabem, choć znaleźli się także śmiałkowie, którzy drogę do Baku pokonywali lądem przez Gruzję (bardzo liczymy na odrębną relację). Sama odprawa i podróż upłynęły dość spokojnie i na obu lotniskach bez jakichś szczególnych komplikacji. Grafik mieliśmy za to bardzo napięty już od momentu samego przyjazdu. Po rozlokowaniu w kilku hotelach znajdujących się blisko siebie w centrum, większa część z nas (z wyjątkiem tych, którzy Baku już odwiedzili) udała się na wycieczkę po stolicy z przewodnikiem. Od razu trzeba napisać, że miasto robi naprawdę spore wrażenie. Mimo, że zdarzają się jeszcze gdzieniegdzie relikty typowo sowieckie - przepych, rozmach i jego bizantyjski styl są naprawdę godne podziwu. Miasto przypomina jeden wielki plac budowy i trzeba zauważyć, iż znacznie rozwinęło się w ciągu ostatnich dwóch lat i że jest w zasadzie w pełni europejską metropolią, jakiej u nas szukać jeszcze próżno.

Fota 1

Fota 2

Fota 3

Po obejrzeniu ważniejszych zabytków mieliśmy dosłownie chwilę na luzowanie się na głównym bulwarze. Posiedzieliśmy sobie zatem nad zbiornikiem ropy zwanym szumnie Morzem Kaspijskim, z którego spokojnie można by wprost zatankować do pełna jakiegoś Żuka czy Kamaza :)

Fota 4

Fota 5

Nawdychani azerbejdżańskim „jodem” udaliśmy się na kolację, gdzie mieliśmy okazję skosztować miejscowych wiktuałów, wśród których sporym zainteresowaniem cieszył się brzoskwiniowy samogon.

Fota 6

Po konsumpcji większa część z nas wsiadła do busów, które zatrzymały się tuż przy bulwarze. W tym miejscu nastąpił chyba najlepszy moment wyjazdu. Spontanicznie udaliśmy się na jeden z placów bulwaru i jak na komendę zaczęliśmy głośne i donośne śpiewy. Stanowiliśmy chyba nie lada atrakcję dla miejscowych, bo z miejsca otoczyli nas wianuszkiem i zaczęli robić foty :) Potem z nieustannym śpiewem na ustach i po zdjęciu koszulek wróciliśmy do hoteli. Jeszcze na bulwarze dało się jednak odczuć, że w tym kraju służby mają cały czas sporo do powiedzenia (podczas oglądania Baku naszej grupie też dyskretnie towarzyszył przynajmniej jeden mundurowy), jednak na szczęście w tym przypadku prawie natychmiast sobie odpuścili i radiolka pojechała dalej, już nas nie niepokojąc. Jesteśmy też zgodni, że dla tego krótkiego momentu (którego nie zrozumie żaden nie-fanatyk) warto było poświęcić swój czas i kasę, za którą ze spokojem przez tydzień pobyczylibyśmy się w jakimś egipskim all-inclusiv’ie. Bezcenne.

Fota 7

Fota 8

Po odświeżeniu się w hotelu (w Baku temperatura dochodziła do 40 stopni, by w nocy spadać do 30), zaczęła się akcja „Baku-by-night” i udaliśmy się już w mniejszych grupach na nocne rajdy taryfami po mieście, odwiedziny nocnych klubów (w jednym z nich na wejściu z głośników powitał nas…Liroy) wraz z kontemplowaniem wdzięków miejscowych białogłów :) Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że we wtorek większa grupa miała zaplanowaną wycieczkę w góry Kaukazu, na którą busy ruszały o…5 nad ranem! Nie trzeba dodawać, że zdecydowana większość dotarła na tę zbiórkę „na sam styk”, a część nie dotarła na nią w ogóle :) Na miejsce dojechaliśmy po ok. 4 godzinach, choć siłą rzeczy niewielu pamięta wrażenia z samej jazdy. Fakt jednak, że widoki za oknem naprawdę zapierały dech w piersiach (zwłaszcza 30-metrowe rozpadliny roztaczające się ok. 30 cm za kołami autobusu). Sama górska wioska Lahic, która byłem celem podróży, nieco jednak rozczarowała, a może dało znać o sobie nasze zmęczenie, tudzież prażące niemiłosiernie słońce (warto dodać, że w celu poszanowania miejscowej tradycji mieliśmy na sobie długie spodnie). Mieścinę zamieszkują miejscowi autochtoni w warunkach, które u nas śmiało określilibyśmy jako XIX-wieczne, widać jednak, że do wizyt turystów są w sumie przyzwyczajeni. Po ponad godzinie chodzenia po kaukaskich urwiskach wróciliśmy do Baku, gdzie mieliśmy jeszcze chwilę na ogarnięcie się przed meczem.

Fota 9

Fota 10

Fota 11

Fota 12

Fota 13

Warto też dodać, że ci z nas, którzy nie pojechali w góry udali się w tym czasie na plażę, gdzie mieli okazję poleniuchować nad wodą już mniej przypominającą etylinę. Woda w Morzu Kaspijskim była do tego znacznie cieplejsza niż ta w polskich jeziorach, a nasi przedstawiciele rozegrali z Azerbejdżanami mecz piłki plażowej.

Fota 14

Fota 15

Na narodowym stadionie im. Tofika Bachramowa (mecz nie mógł zostać rozegrany na wynajmowanym przez Inter stadionie Shafa) meldujemy się bez jakiejkolwiek kontroli dobrą godzinę przed meczem. W przeciwieństwie do poprzedniej wizyty - „dostajemy” teraz łuk stadionu. Na sektorze jest nas 87, zatem o trzy osoby więcej niż dwa lata temu. Z powodu braku sensownego ogrodzenia rozkładamy 14 flag (Lech Poznań, Fanatycy, UL’01, e-Lech’02, Legion Piła, Gniezno, Leszno, Nowy Tomyśl, Koło, Pobiedziska, Turek, Bnin, WiW on Tour, Lokomotywa) na krzesełkach. Nasz doping…delikatnie pisząc w ziemię nie wgniatał. Można szukać usprawiedliwień w braku etatowych prowadzących, temperaturze (chociaż podczas meczu nie była wcale taka najgorsza, tzn. człowiek nie pocił się od samego stania w cieniu :)), czy zmęczeniu, ale robić tego nie ma powodu, wszyscy wiemy, że mogło i w sumie powinno być choć trochę lepiej. Z pewnością będzie tak w kolejnej rundzie. Gospodarze nas bowiem raczej dodatkowo nie motywowali i również nie pokazali zgodnie z oczekiwaniami niczego ciekawego, mecz toczył się więc raczej w atmosferze sparingu. Prowokacji na „gołe klaty” tym razem nie było. Co ciekawe - Inter miał trzy młyny, jeden to kibice Interu, drugi - kibice Galatasaray, a trzeci kibice w koszulkach Fenerbahce (mimo, że kibice tureckich klubów to oczywiście żyjąca w Azerbejdżanie turecka diaspora, kibole obu drużyn ze Stambułu siedzieli daleko od siebie :)). Wspólnym mianownikiem była za to średnia wieku wszystkich trzech „ośrodków dopingu” – mianowicie 15-16 lat. Kibice Interu coś tam smętnie pozawodzili i pomachali balonikami, pod koniec meczu jedni Turcy krzyknęli „Galata!”, a ci z „młyna Fener” (cały mecz trzymali fanę[?] „Inter - fans for ever”) odpalili trochę „piro” w stylu wkładanych u nas w torty świeczek. Kopacze po wygranym meczu usłyszeli jeszcze, że mają się szybko wykąpać i zmęczeni – choć w bardzo dobrych humorach – udaliśmy się od razu na lotnisko. Po czterogodzinnym locie wypełnionym głównie drzemką, zameldowaliśmy się w Poznaniu w nocy z wtorku na środę, krótko przed drugą.

1415

Wróciliśmy z głębokim „podejrzeniem graniczącym z pewnością”,  że z uwagi na wprowadzony przez UEFA kompletnie „z czapy” geograficzny podział na koszyki i na nieubłaganą statystykę – pewnie znów za dwa, trzy lata (pod warunkiem rzecz jasna regularnej gry Kolejorza w europejskich pucharach) w tamte rejony wrócimy. Większość już nie może się doczekać :)

 
Wiara Lecha na Facebooku