Tu jesteś:
| Lech Poznań - Legia Warszawa: Puchar Polski nie dla nas. |
| Wpisany przez Qortes |
| środa, 04 maja 2011 15:00 |
|
Żeby w ogóle spróbować ugryźć w jakikolwiek sposób wtorkowy Finał Pucharu Polski trzeba się cofnąć pamięcią do wydarzeń sprzed co najmniej tygodnia. Kiedy jasnym stało się, że w finale krajowych rozgrywek wystąpią Lech i Legia – dwie najbardziej społecznie aktywne i najlepiej zorganizowane grupy kibicowskie w Polsce – oczyiwstym było, że ten mecz może wylądować na czołówkach gazet i to bynajmniej nie z powodu boiskowych wydarzeń. W kontekście ostatniej zmasowanej i, powiedzmy szczerze, w druzgocącej części przypadków bezpodstawnej nagonki polityczno-medialnej mecz ten miał się stać tubą wielkiego kibicowskiego niezadowolenia. Bądź, jak kto woli, machiną propagandową rządzących, legitymizującą ich działania. Nie trzeba było długo czekać, by gruchnęła nowina o prawdopodobieństwie skierowanych w kibiców obu klubów prowokacji. Każdy z nas był świadomy, że poznańsko-warszawska antymedialna koalicja może zostać wystawiona na ciężką próbę. Nie ociągał się też PZPN, sprowadzając organizację meczu do absurdu. Kosmiczne problemy z nabyciem biletów obarczonych nieadekwatnymi do potrzeb obostrzeniami, zakaz wnoszenia flag na kijach czy sektorówek . Jak chcieli – tak się stało – oprawy z naszej strony na tym meczu nie było. Ostatecznie zameldowało się nas w Bydgoszczy 6000. Docieraliśmy każdy własnym transportem, tym razem Wiara Lecha nie organizowała wyjazdu i nie było, jak na poprzednich finałach, nawet pociągu specjalnego. Geografia zadecydowała, że wylądowaliśmy na zachodniej trybunie stadionu Zawiszy – Legia wyszła na tym ciut lepiej, dostając, oprócz wschodniego łuku, część miejsc na prostej pod dachem. Bywa. Bez większych problemów z wejściem zapełniliśmy naszą trybunę na niebiesko jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sedziego. Cały stadion odśpiewał hymn narodowy. Warszawiacy w białych koszulkach na wejście zaprezentowali efektowną kartoniadę. Jeszcze się piłkarze na dobre nie nabiegali za piłką a już, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, opuszczaliśmy nasze miejsca na znak protestu wobec działań rządu i PZPNu. Sektory Lecha i Legii pozostały puste na dobre kilka minut. W pierwszej połowie dopingowaliśmy naprawdę nieźle. Głośno, rytmicznie. Od zdobycia bramki można nawet pokusić się o stwierdzenie, że dominowaliśmy w tym aspekcie na trybunach. Kolejny raz bardzo dobrze wychodziło „Każdy z nas to wie” i patrząc na sektor byłbym gotów stwierdzić, że śpiewają wszyscy (a przynajmniej zdecydowana większość). W drugiej połowie role się odwróciły – warszawiacy przenieśli się bardziej pod dach, zmobilizowali, u nas ciśnienie opadło – szczególnie po golu wyrównującym. W sumie, jak na taki masowy charakter meczu i sektor – oceniłbym nasz doping jako niezły z bardzo dobrymi momentami – trudno jednoznacznie stwierdzić, która z ekip tego dnia była w tym elemencie kibicowskiego rzemiosła górą. Trzeba natomiast warszawiakom przyznać, że tego dnia świetne ultrasowali – oprócz wspomnianej kartoniady na wejście piłkarzy, w drugiej połowie odpalili też sporo pirotechniki. Jeszcze tylko dogrywka, ostatnie minuty i nasze najmocniejsze ryknięcie tego dnia. Rzuty karne (bez kibicowskich akcentów) wygrywa Legia, której kibice wysypali się po decydującym strzale Wawrzyniaka na murawę. Co działo się dalej, wszyscy widzieli. I na tym w zasadzie można tę relację zakończyć. Dobro naszego klubu leży w naszych rękach - najlepsza okazja do pokazania solidnego poznańskiego kibicowania już w najbliższą sobotę na meczu z Górnikiem. |



Ciężko jest pozbierać myśli po takim meczu i sensownie go opisać tak, by oddać cały wachlarz emocji kłębiących się w głowie. Faktem jest, że wróciliśmy do Poznania na tarczy.




