Tu jesteś:

Start » Mecze Kolejorza » FC Salzburg - Lech Poznań: €uropa vs. poznański styl 0:1
FC Salzburg - Lech Poznań: €uropa vs. poznański styl 0:1
Ocena użytkowników: / 57
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Qortes   
niedziela, 19 grudnia 2010 23:36
AddThis Social Bookmark Button

salzburgNie mamy szczęścia - trafienie w losowaniu któreś z topowych kibicowsko ekip w Europie urasta do miana mission impossible. Także w fazie grupowej ligi europejskiej nie mieliśmy wielkich powodów do entuzjazmu - marzenia o prawdziwej rywalizacji na trybunach z godnym siebie rywalem trzeba odłożyć przynajmniej na wiosnę przyszłego roku. Jeśli jednak i Juventus, i Manchester City prezentują sobą jakąkolwiek wartość to trzeci z naszych grupowych przeciwników - FC Salzburg - to kompletna porażka. Historii tego piłkarskiego ekperymentu nie warto po raz kolejny przytaczać, jeśli jednak miałbym się pokusić o wskazanie esencji mod€rn futbolu to austriackie skórokopy zwane Red Bullem miałyby na ów tytuł wielkie szanse.

Tak się akurat złożyło, że pojedynek z klubem, który żadnego fanatyka zelektryzować nie jest w stanie, przypadł po najważniejszych rozstrzygnięciach sportowych. Po meczu z Juve pewnym było, że sensacyjnie wychodzimy z grupy. Brak jakiegokolwiek ciśnienia na wynik ułatwił więc odsianie wszelkiej maści kibiców sukcesu, chcących przyklejać się do naszego klubu w czasach prosperity.
Ostatecznie do Austrii, sławić Kolejorza w Europie i dobrze się bawić, pojechało 1200 Lechitów. Połowa grudnia to słaby czas na granie w piłkę, to także niezbyt sprzyjający moment na wojaże. Atak zimy w Europie spowodował totalny paraliż na drogach. Podróż autami wydłużyła się dla wielu o dobre kilka godzin. Istniało też poważne ryzyko, że ci co przecenili siły swoje i czeskich drogowców nie dotrą na mecz w ogóle. Ostatecznie różnymi sposobami stawiliśmy się w alpejskim mieście w komplecie.
Zbiórka wyznaczona została w Augustinerbrau Kloster Mulln - zabytkowej drewniano-murowanej piwiarni na ...1600 osób. Bardzo klimatyczna miejscówka, której osobliwe możliwości wykorzystaliśmy w pełni :) To zdecydowanie najdziwniejsze z miejsc, w których się zbieraliśmy podczas europejskich podróży - nic więc dziwnego, że kilkunastominutowe wariactwo zostanie zapamiętane na długo. Przeszczęśliwe pyski każdego - od początkujących wyjadowiczów po tych z najdłuższym stażem - to najwłaściwszy opis tych minut spędzonych wspólnie. Kibicowska rodzina, żadnych przypadkowych osób - czysty fanatyzm.
Z każdą odpaloną racą mordy cieszyły się coraz bardziej :) A tych rac odpaliliśmy naprawdę sporo - kolejno lądowały w kuflach gaszone w zimnym piwie. Pirotechnika w takiej ilości zrobiła swoje - cały lokal zadymiony plus nasze głośne śpiewy podniosły znacząco temperaturę. Przekonkretna chwila! Warto dodać, że w drzwiach minęliśmy wezwaną na interwencję brygadę strażaków w pełnym rynsztunku bojowym. Nie było chyba systemu alarmowego, który pozostałby obojętny na nasze "ekscesy" co idealnie puentuje całe zajście :) Poznański styl!
Część z nas na stadion udała się podstawionymi autobusami, ci bardziej wytrwali kontynuowali zabawę podczas przemarszu. Już wówczas nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że te kilka minut w zabytkowej piwiarni stanowiło właściwą kwintesencję tego wyjazdu i wręcz dla nich warto było tłuc się 1000 kilometrów przez zaspy i śniegi.
Po samym meczu cudów nikt się nie spodziewał. Przecieki mówiły o sprzedanych ...4 tysiącach biletów co najlepiej świadczy o kondycji kibicowskiej tworu z Salzburga. Oby tego typu przykłady wybiły z głowy podobne eksperymenty oderwanym od rzeczywistości wizjonerom z najwyższych pięter biurowców. Na około 30 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego na trzydziestotysięcznym obiekcie, oprócz nas, było może 300 osób. Szykowała się powrótka z Sankt Gallen.
salzburg
Ostatecznie na mecz pofatygowało się około 5 tysięcy widzów, jasnym więc było, że - jak na głównych aktorów widowiska przystało - musimy godnie pokazać nasz styl kibicowania. Tak też, pomimo przenikliwego mrozu, się stało. Oprócz głośnego śpiewu (szczególnie w drugiej połowie dawaliśmy radę) zaprezentowaliśmy choreografie z wykorzystaniem flag i balonów. Poraz pierwszy w tym pucharowym sezonie pojawiło się też piro i to od razu w sporej ilości!
Z kronikarskiego obowiązku dodam, że miejscowi coś tam próbowali dopingować z pomocą swoich dwóch(sic!) drobnych młynów.
Wyjazd, mimo iż bez większego znaczenia sportowego, okazał się bardzo fajnym i w sumie efektownym zakończeniem roku. Nie ma chyba nikogo, kto wydarzeń z Salzburga nie wspomina z sympatią.
W piątek jeszcze losowanie, które większość z nas śledziła w trasie bądź to na telefonach, bądź w TV korzystając z uprzejmości właścicieli lokali rozsianych wzdłuż trasy. Ostatecznie wylosowaliśmy Bragę, więc jeszcze podczas podróży powrotnej zaczęła się pisać historia kolejnego wyjazdu. Długie dyskusje co i jak prowadziły nas aż do domu.
Taka już nasza kibolska mentalność. Do zobaczenia na szlaku w 2011 roku!
 
Wiara Lecha na Facebooku