Tu jesteś:
| Lech - Zagłębie: Zadyszka czy kryzys? |
| Wpisany przez qli |
| niedziela, 17 października 2010 21:51 |
|
Porażka w Bełchatowie była nie do przełknięcia dla połowy widzów z meczu pucharowego, bo na pierwszy ligowy mecz na otwartym stadionie przyszło właśnie jakieś 50 % osób, które wybrały się niedawno na mecz Ligi Europejskiej. Wiara skupiła się na czwórce, trójce oraz Kotle, najwięcej wolnych miejsc zostało na jedynce. Frekwencja na poziomie ok. 20 tys. nie jest oczywiście powodem do narzekań - jest wręcz świetna biorąc pod uwagę jakość "ekstraklasowych" widowisk, ale na takim kolosie taka liczba widzów ginie. Cóż, trzeba się przyzwyczaić do widoku pustych krzesełek. Początek był jak zwykle obiecujący, do śpiewów przyłączyła się prosta i jakoś to wyglądało. Nieźle wyszło w "Grodzie.." ale zastanawiające jak ten kawałek traci moc przy drugiej zwrotce, jakby połowa wiary nie znała słów. Później z każdą minutą było coraz gorzej, na co oczywisty wpływ miała fatalna postawa naszych gwiazd. Inna sprawa, że Kocioł to już tylko nazwa i "wspomnień czar" bo obecnie zupełnie nie przypomina magicznego miejsca sprzed kilku lat. Sporo przypadkowej wiary, olewanie prowadzącego, ogólne zamulenie i brak spontanu - tak to mniej więcej wygląda. Po części wynika to na pewno z powodów biletowo - cenowych, ale nie można zwalać wszystkiego na koszty karnetów. Ostatnie sukcesy trochę towarzystwo rozpuściły i coraz trudniej spiąć się na "zwykłe" mecz jak choćby ten z Zagłębiem. Ten stan nasila się od jakiegoś czasu i chyba najwyższa już pora na ogarnięcie się we własnym gronie. Inna sprawa, że patrząc na kolejne ligowe wtopy ręcę opadają i brakuje radochy z przeżywania meczu. To w ogóle był dość smutny i irytujący wieczór - jeszcze w maju po meczu z Zagłębiem zaczęliśmy wielką mistrzowską fetę, teraz ostatni kwadrans upłynął pod znakiem śpiewów do piłkarzy i wymagania od nich większego zaangażowania i poważnego podejścia do tematu ligowego. Zachwyceni pucharową przygodą niemal nie zauważyliśmy, że znaleźliśmy się właśnie tuż nad strefą spadkową - coś co jeszcze kilka tygodni temu - ba, coś co w ogóle w ostatnich latach było absolutnie nie do pomyślenia. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że piłkarzy pożeganała solidna porcja gwizdów, a wygłaszane uwagi na temat ich mentalności nie nadają się do powtórzenia. O sobotnim meczu wszyscy chcemy jak najszybciej zapomnieć. Tak będzie najlepiej, ale warto też wyciągnąć wnioski dla siebie i na meczu z Wisłą zaprezentować sie o niebo lepiej.
|



Kolejne otwarcie stadionu za nami. Tym razem po koncercie i pucharach przyszła pora na ligową rzeczywistość i weryfikację frekwencji i zaangażowania w meczu o znacznie mniejszym ciśnieniu niż niedawna wizyta Salzburga. Rzeczywistość, która okazała się bardzo szara...




