Tu jesteś:

Start » Mecze Kolejorza » GKS Bełchatów - Lech: Powrót na ziemię.
GKS Bełchatów - Lech: Powrót na ziemię.
Ocena użytkowników: / 22
SłabyŚwietny 
Wpisany przez qli   
środa, 06 października 2010 22:37
AddThis Social Bookmark Button

megafonLedwo opadły emocje po pucharowych uniesieniach trzeba było wrócić do ligowej rzeczywistości. Wobec niedawnych wypraw do Dniepropietrowska czy Turynu, wypad do Bełchatowa zapowiadał się lajtowo i sympatycznie.

Klatka na skądinąd sympatycznym, kameralnym stadionie w Bełchatowie ma dość istotne ograniczenie w postaci niecałych 400 miejsc, ale sam sektor jest całkiem niezły, a dach nad głową pozwala na przyzwoity doping nawet w niewielkiej grupie. Znalezienie chętnych na bilety nie stanowiło problemu, a że kilku osobom udało się dostać na sektor innymi drogami, w klatce pojawiliśmy się w cztery stówki. Wyjazdy do Bełchatowa z racji niewielkiej odległości i drogi pokonywanej w sporej części autostradą nie mają jakiegoś szczególnego klimatu i teraz też nic nie zapowiadało zmiany tego schematu. Mimo to, w pierwszej połowie doping wychodził zaskakujaco nieźle, a szczególnie dobrze niosło się nigdy przez nas specjalnie nie eksploatowane "Hej Kolejorz (...) gola strzel". Ta przyśpiewka ma ukrytą moc, może gdyby podłożyć do niej chwytliwy tekst byłby "nowy" kawałek na rozruszanie mometami skostniałego sektora.

W drugiej połowie doping stopniowo siadał i poza pojedynczymi zrywami był "taki se". Im bliżej końca tym więcej było wkurzenia na postawę piłkarzy, którzy niemal tradycyjnie po pucharowym spięciu nie potrafili pokulać ligowych rzemieślników, popełniając przy tym momentami żenujące błędy. Źródłem dobrego humoru dla zebranych była postawa naszego kongijskiej supernapadziora, który swoimi popisami sprawiał, że mimo kiepskiego wyniku morda sama się momentami cieszyła. W końcówce nie było już jednak miejsca na szyderę, a z sektora dobiegało głośno i dobitnie, że w Lechu trzeba biegać, walczyć i się starać. Nie omieszkaliśmy też wypomnieć piłkarzom, że spinają się na puchary i mecze w świetle kamer, a w lidze grają w zgoła co innego. Na osobną przyśpiewkę załapał sie "król Artur", znany głównie z ostentacyjnego żucia gumy na każdym kroku i robienia z siebie wielkiej gwiazdy. Po takiej dawce komplementów piłkarze nie byli skorzy do podejścia pod sektor, a jedynie dwóch z nich - Bosacki i Krivets - zdobyło się na symboliczne oklaski z odległości.

I to w zasadzie tyle. Można przewrotnie stwierdzić, że ten wyjazd pozwala docenić odskocznię jaką jest możliwość pokazania się w Europie. Obyśmy tylko za sprawą zawodników mieli taką możliwość i w przyszłym roku.

16

15

 

 
Wiara Lecha na Facebooku