Tu jesteś:
| Legia - Lech:"Wróg jest znów w mieście"! |
| Wpisany przez qli |
| sobota, 25 września 2010 18:40 |
|
W ostatnim czasie nie można narzekać na urozmaicenie wyjazdów - puchary zagraniczne, pewna egzotyka w pucharze krajowym, w końcu ligowy i kibolski klasyk niemal na otwarcie sezonu. Na szczęście okres budowy stadionów w Polsce z wolna się kończy i w piątkowy wieczór, jako trzecia ekipa w tym sezonie, mieliśmy przekonać się jak wygląda truskawowy obiekt. A ten - co trzeba z zazdrością przyznać - robi wrażenie. Zwarta budowa, strome trybuny, efektowne elementy zewnętrznego wykończenia, elegancki catering - naprawdę fajny, fajny stadion, jakby to powiedział Kaziu Węgrzyn. Smaczku wyjazdowi dodawał fakt zakończenie konfliktu na linii kibole Legii - ITI i niezła postawa legionistów w dwóch pierwszych meczach u siebie. Dla wielu był to wyjazd rundy, więc mimo piątkowego terminu spotkania 1400 biletów rozeszło się błyskawicznie. Tym razem, w przeciwieństwie do wyjazdu baną do Wrocławia, warunki w specjalu miały być iście indonezyjskie, ale nie raz przyszło nam już podróżować w przepełnionych składach więc nie było co narzekać. Ponarzekać i to całkiem zasadnie można było na wpuszczanie na sektor. Tak ślamazarnie nie było nawet w Kielcach, a szczytem absurdu był nakaz rekwirowania...jedzenia. Ociężałość organizacyjna ochrony sprawiła, że pomimo wczesnego przyjazdu do W-wy, ostatnie osoby wchodziły na sektor ok. 30 minuty meczu. Już od wejścia poczuć można było, że to coś więcej niż zwykły ligowy mecz. Chętnie zarzucający nam przychodzenie w komplecie tylko przy okazji ich wizyt, legioniści tym razem sami spieszyli do kas i wykupili komplet biletów. Efektownie prezentowała się nabita, zwłaszcza na dolnym poziomie, Żyleta, karnie ubrana na biało, obwieszona na obu poziomach fanami - fajne połączenie nowoczesności stadionu z dobrym, polskim stylem. My również wyglądaliśmy jak zwykle elegancko - niebiesko- biały nabity i oflagowany narożnik wyróżniał się na tle stadionu. Ten mecz był wyjazdem rundy dla ultrasów - już na początek meczu przygotowali efektowną, dwucześciową oprawę z Batmanem spuszczającym łomot obywatelowi stolicy. Całość, namalowana w konwencji komiksu, została wykonana naprawdę starannie - brawa dla LPU. Efekty roboty chłopaków możecie podziwiać w galerii-dla takich opraw warto dorzucić coś do puchy albo wpłacić na konto WL, bo jarać się efektami chce każdy, ale samo się nie sfinansuje. Legioniści z przyczyn wewnętrzych w pierwszym kwadransie milczeli, co skrzętnie wykorzystaliśmy sławiąc Kolejorza na wrogim terenie i często przypominając kto dzierży mistrzowską koronę. Mecz od początku miał odpowiednią temperaturę - nowatorskie jak na polskie warunki rozwiązanie polegające na braku bufora i oddzieleniu gości i miejscowych lichym płotkiem i ścianką z pleksi zapewniły możliwość wymiany zdań o przebiegu meczu bez zbędnych odległości. Doping obu stron w pierwszej połowie stał na dobrym poziomie, nam z pewnością pomogła szybko strzelona bramka. Nie brakowało też obustronnnych pocisków, a legioniostom z bocznych sektorów skutecznie podnosiliśmy ciśnienie prezentując jednakowe dwustronne szaliki z tekstem przyśpiewki: "Jeden jest Mistrz Polski..." Z czasem dla ochłody w ciepły wrześniowy wieczór w ruch poszły też butelki z napojami, a wymiana poglądów przeniosła się na przerwę pod stoiska z jedzeniem, skutkiem czego zostaliśmy dość solidnie zagazowani przez ochronę. Niestety, ilość rozpylonego gazu wpłynęła negatywnie na naszą postawie w drugiej części. Zamiast fanatycznej zabawy na eleganckim sektorze było raczej zamulanie i wpatrywanie się w boisko, na którym rozpaczliwie prezentowali się nasi gwiazdorzy. Trzeba też przyznać, że pomimo lekkich przestojów i raczej niepowalającego repertuaru, dobrą robotę robili legioniści, a gdy do śpiewu podłączała się reszta stadionu, było naprawdę głośno. W efekcie brakowało nam trochę synchronizacji, choć momentami udawało się wstrzelić z naszymi okrzykami. Nie da się jednak ukryć, że w kwestii dopingu coś się jakby u nas zacięło - efektowna postawa pucharowa przeplatana jest zawiechą na ligowych wyjazdach i niestety nie można już mówić, że ten mecz nam niezbyt wyszedł, bo rozglądając się po sektorze w czasie naszych wyjazdów próżno szukać spontanicznej zabawy. W przypadku tego konkretnego meczu szkoda naszej zadyszki o tyle, że mecz był niemal kompletny pod innymi względami i aż się prosiło o soczyste p********cie z naszego narożnika. Na koniec meczu ultrasi zadbali o jeszcze jedną atrakcję - spod sektorówki "Siemano Guantanamo!", eksplodowały race, a efektowny pokaz zakończyła kolejna sektorówka z roześmianą twarzą - taki mały psikus ekipy malarskiej spłatany legijnym służbom, zmierzającym do uczynienia z nowego stadionu twierdzy pełnej zakazów. Mecz zakończył się naszą porażką na boisku, co sprawiło że pożegnanie po obu stronach pleksi było dość gorące. Piłkarze nie raczyli podejśc pod sektor, a my bramy stadionu opuściliśmy dopiero 2 godziny po meczu-niestety i tym razem średnia sprawność organizacyjna sprawiła, że kilku chłopaków zupełnie niepotrzebnie dostało z gazu... Pomimo lekkiego rozczarowania dopingiem, wyjazd należy zdecydowanie zaliczyć do udanych. W ostatnim czasie z różnych przyczyn brakowało prawdziwych pojedynków z Legią, takich w dawnym stylu, do których przywykliśmy przez lata. Teraz mieliśmy i oprawy i spięcia i wymiany uprzejmości w różnej formie - na nudę z pewnością nie można było narzekać, a piątkowy wieczór dał nadzieję, że wraz z nowymi stadionami nie zginie odpowiedni klimat, dostarczający wszystkim kibolom emocji. |



Kolejny odcinek naszego serialu wyjazdowego rozegrał się w Warszawie - po przeszło 2-letniej przerwie spowodowanej budową stadionu przy Łazienkowskiej znów mogliśmy pojawić się na terenie odwiecznego wroga.




