Tu jesteś:

Start » Mecze Kolejorza » Z okna pociągu czyli ukraińskie klimaty
Z okna pociągu czyli ukraińskie klimaty
Ocena użytkowników: / 36
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Bodziu   
środa, 25 sierpnia 2010 09:52
AddThis Social Bookmark Button

megafonKiedy w losowaniu trafił nam się wyjazd do ukraińskiego Dniepropietrowska, po początkowym załamaniu rąk, szybko doszedłem do wniosku, że jednak nie musi być wcale tak tragicznie. Kibole na Ukrainie prezentują wschodni styl kibicowania, więc raczej pewna była lekka adrenalinka, poza tym po szybkim sprawdzeniu okazało się, że po Ukrainie można dość tanio (a to było dość ważne po wydrenowaniu kieszeni przez podróże do Baku i Pragi) podróżować lokalnymi pociągami. Po pojawieniu się dostępnych opcji podróży jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że bany to jedyny dostępny mi środek, bo jest znacznie tańszy od klubowego charteru i mimo wszystko chyba wygodniejszy (teraz mam już co prawda pewne wątpliwości :)) od autobusu, a poza tym gwarantujący przeżycie niesamowitej przygody i dogłębne poznanie wschodnich klimatów.

Po ostatecznym ogarnięciu biletów (co wcale nie było wbrew pozorom takie proste, okazało się bowiem, że bilety na ukraińskie pociągi rozchodzą się jak świeże bułeczki; dość powiedzieć, że bilety na podróż powrotną Kijów – Lwów udało się załatwić dwa dni przed planowanym rozpoczęciem wyprawy) udało się przekonać do wyprawy sześcioro znajomych i doborowym siedmioosobowym składem („nas ok. 7 osób, w tym jedna laska” – jakby to napisali klasycy z k.net) ruszyliśmy z Poznania w nocy z wtorku na środę o 2.25 pociągiem do Lublina, do którego (po wcześniejszym odebraniu od „naszego człowieka” biletów na ukraińskie pociągi w Warszawie) dotarliśmy nad ranem w środę. Po szybkim zwiedzeniu całkiem urokliwej Starówk udaliśmy się na „międzynarodowy peron” dworca autobusowego, skąd miał ruszyć nasz autobus do Łucka, który miał nas wieźć 240 kmów przez ok. 6-7 godzin.

zdjęcie 1

Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zamiast oczekiwanego Neoplanu zobaczyliśmy zdezelowanego…Ikarusa jakiego próżno szukać na wewnątrzkrajowych drogach, to opisać mogą jedynie uczestnicy wycieczki. Chcąc nie chcąc załadowaliśmy się jednak niepewnie do busa, mijając po drodze stado ukraińskich przekupek dźwigających cały swój straganowy dobytek w parcianych torbach, które okazały się być na Ukrainie przebojem końca lata. Po zajęciu przez nas miejsc do busa wbiły…wszystkie stojące na peronie kobiety zapełniając autobus torbami po sam dach i robiąc rejwach podobny do startujących na Marlewie F16. Kierowca z wąsem cesarza Franca Josefa wygonił jednak w końcu część stojących kobiecin (mimo ich głośnych protestów) i po jakichś 20 minutach obsuwy ruszyliśmy w drogę. Jak przeżyliśmy tę podróż (na szczęście granica minęła dość bezboleśnie, za nią do autobusu wjechały zresztą…żywe kantory z kalkulatorami w rękach :)) to w sumie do dziś ciężko stwierdzić, z pewnością trochę zasługi miał w tym posiadany przez nas znieczulacz :)

zdjęcie 2

zdjęcie 3

 W Łucku pożywiliśmy się nieco i zrobiliśmy dalsze zakupy (przy okazji doświadczając na własnym portfelu dobrodziejstwa ukraińskich cen), po czym udaliśmy się na dworzec kolejowy, gdzie zobaczyliśmy scenę jak z filmu z lat 50.tych. Za nami na jedną z ban podążał bowiem typ niosąc w parcianej torbie…żywego i kwiczącego prosiaka! Na pewno byłby to ciekawy widok dla Ligi Ochrony Przyrody czy przysłowiowych „Angoli”, którzy na Ukrainę przyjadą na Euro. Pociąg do Kijowa okazał się jednak na szczęście dość komfortowy (mieliśmy wykupione miejsca w tzw. przedziałach „kupiennych”), więc noc minęła nam na gaduchach z miejscowymi pasażer(k)ami przy jednoczesnym wznoszeniu toastów za „stówę” pewnego wyjazdowicza :)

Do Kijowa dotarliśmy nad ranem i od razu w zasadzie przesiedliśmy się na również w miarę komfortowy pociąg relacji Kijów – Dniepropietrowsk. Tutaj już w większości odsypialiśmy szaleństwa poprzedniej nocy (nikt z nas nie skusił się na obejrzenie do końca puszczanego z…umiejscowionych w przedziale telewizorów ukraińskiego sitcom’u) i do celu naszej podróży dotarliśmy w dniu meczu, czyli w czwartek przed 13. Dość szybko przed Dworcem podbijają do nas wiadome służby, rezygnujemy więc chcąc nie chcąc z krajoznawczego spaceru z torbami po mieście i ładujemy się szybko w pierwszą lepszą marszrutkę do hotelu (o którym szerzej nieco później). Stąd po wyczekiwanym prysznicu i krótkiej wizycie nad naddnieprzańskim bulwarze – udajemy się na miejsce zbiórki na Prospekcie Karola Marksa. Tu lokujemy się w jednej z knajp i podziwiając wdzięki miejscowych niewiast udajemy się na mecz. Co do atmosfery zbiórki, pochodu i meczu – obiema rękami w pełni podpisuję się pod relacją jednego z członków „ekipy autokarowej”. Ogień to mało – dawno nie było tak dobrze na naszym wyjazdowym sektorze. Trudno to opisać słowami, na klawiaturę cisną się banały w stylu „dla takich chwil warto żyć”, więc sobie je odpuszczę zachowując te chwile w pamięci. Po meczu udajemy się naszą grupą do hotelu „Dniepropietrowsk”, w którym oprócz nas nocowali też inni śmiałkowie dojeżdżający do Dniepropietrowska na własną rękę, gdzie po krótkim świętowaniu zwycięstwa idziemy na zasłużony spoczynek. Samego hotelu nie można z pewnością nazwać obskurnym, ale kilka „Misiowych” klimatów socrealu by się tam znalazło (oldskulowe fotele, meblościanki, czy obsługa restauracji rodem z Barejowej Victorii). Po śniadaniu została wyłączona woda (najpierw z kranu leciała brunatna żybura) i oczywiście nikt nie był nam w stanie powiedzieć, kiedy ten stan się zmieni („awaria – water after dinner”, na szczęście wodę włączyli jednak wcześniej). To wszystko rekompensował jednak widok z okna, z którego mogliśmy podziwiać panoramę na Dniepr.

zdjęcie 4

zdjęcie 5

Po wymeldowaniu się z hotelu udaliśmy się na Wyspę Klasztorną (sam Dniepropietrowsk do miasta pełnego zabytków raczej nie należy), gdzie relaksowaliśmy w zapomnianym przez ludzi wesołym miasteczku (korzystając z autodromu zlekceważyliśmy raczej kompletnie zalecenia, o tym, że nie można się zderzać ;) ), aby potem obadać rynek Oziorka (Mr Google podpowiada, że to największy czynny rynek na Ukrainie), gdzie można było kupić dosłownie wszystko, ale raczej z czystym sercem nie rekomendowałbym kupienia tam mięsa, bo Sanepid raczej o tym miejscu zapomniał :)

zdjęcie 6

zdjęcie 7

zdjęcie 8

Wczesnym wieczorem ruszyliśmy tym samym wygodnym pociągiem do Kijowa a podróż minęła nam na grze w karty i podziwianiu obrotności przyperonowych sprzedawców, którzy pasażerom próbowali sprzedawać w hurtowych ilościach m.in. maskotki, suszone ryby czy…świeże raki.

zdjęcie 9

W Kijowie meldujemy się przed 23 i mamy 2,5 godziny do przesiadki. Próbujemy dostać się na Majdan, ale w przeciwieństwie do większości pociągowych ekip nam się to niestety nie udaje. Z powodu dość w sumie wczesnego zamykania stacji – nie jesteśmy w stanie dotrzeć tam metrem, a taryfiarze proponują za podwózkę ceny z kosmosu. Trudno, trzeba czekać w jakimś losowaniu na Dynamo Kijów. Czekając na Dworcu Głównym w Kijowie na plecakach (miejsca siedzące są zajęte przez śpiące ukraińskie babuszki) - na własnej skórze przekonujemy się co znaczy hasło „miłości do Lecha nie mierzymy w kilometrach”.

zdjęcie 10

Wreszcie wsiadamy do pociągu do Lwowa z krótką przesiadką w miejscowości Chmielnicki (z targiem rozciągającym się przy torach, a może lepiej powiedzieć z kilometrami ciągnących się dywaników, z których kupić można mydło i powidło). Tym razem przyszło nam podróżować w wagonach płackartnych. Kto nie podróżował tym środkiem lokomocji naprawdę nie wie o czym piszę. 

zdjęcie 11

Zwieszający się z każdego miejsca wagonu nie do końca domyci Ukraińcy wracający z Krymu to jak się można domyślać towarzysze w sam raz na długą nocno-poranną podróż dla stetranych już lekko wyprawą wyjazdowiczów :) Dajemy jednak radę i o  14 w sobotę docieramy w końcu do Lwowa, a miasto (kompletnie rozkopane – widać przygotowania do Euro) wynagradza nam w pełni trudy podróży.

zdjęcie 12

zdjęcie 13

Po wizycie na klimatycznej Starówce i obowiązkowych fotkach pod pomnikiem Mickiewicza, mimo goniącego wściekle czasu, niechęci miejscowych i awarii tramwaju po drodze - udaje nam się dotrzeć na Cmentarz Obrońców Lwowa i spełnić nasz kibolski patriotyczny obowiązek (serce rosło tym bardziej, że jak się okazało nie byliśmy tam pierwsi).

zdjęcie 14

Po zapaleniu zniczy i złożeniu symbolicznych kwiatów na pomniku poświęconym Orlętom, zadowoleni  na ostatnią chwilę wpadamy zdyszani do marszrutki, która ma nas wieźć do granicy i ostatnie 80 kmów ukraińskiej ziemi pokonujemy na stojaka, bo miejsc siedzących już jakoś zbrakło. Na granicy jesteśmy świadkami prawdziwie dantejskich scen, które zaczęły się już w kolejce do kontroli, gdzie popularne mrówki z miejsca zrobiły tłok podobny do tego sprzed wejść na sektory gości. Nie brakło również kumatych tekstów („Kim Ty jesteś? Pierwszy raz Cię tu widzę”) i wyjaśniania granicznych procedur („Tu tak jest, że boki zawsze wchodzą pierwsze”). Mimo, że teraz to wspomnienie wywołuje jedynie uśmiech, w ścisku nie było nam do śmiechu i nie obyło się bez kilku nerwowych spinek. Po kontroli opędzamy się jeszcze od kobiet próbujących sprzedać nam tani alkohol i stwierdzamy, że piesze przejście granicy ukraińsko-polskiej zdecydowanie nie stanie się naszą ulubioną rozrywką :)

zdjęcie 15

Z granicy odbiera nas kibic Lecha z Przemyśla, u którego możemy się ogarnąć w łazience i zjeść dobrą gorącą kolację. Raz jeszcze stokrotne dzięki! Po 22 wsiadamy i rozgaszczamy wreszcie w polskim pociągu. We Wrocławiu spotykamy jeszcze na peronie kiboli Górnika wracających z Gdyni  i kibiców Cracovii jadących do Poznania, przez co uświadamiamy sobie, że właśnie trwa kolejka ligowa i po zameldowaniu się w domu będziemy mieli jedynie kilka godzin na ogarnięcie się, by na 17.00 stawić się na Bułgarskiej. Ale sami sobie wybraliśmy los fanatyków, więc zbyt długo nie narzekamy. Na Głównym meldujemy się o 11.14 i nasza podróż, trwająca łącznie grubo ponad 60 godzin „czystej jazdy”, dobiega końca.

Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis nie oddaje nawet w ułamku procenta tego co przeżyliśmy (wszystkich tekstów nie da się nawet przytoczyć) a inne ekipy pociągowe również przeżyły podobne, jak nie ciekawsze przygody. Bez zbytniego patosu pisząc te słowa mam jednak nadzieję, że wszyscy jeszcze wahający się - zdecydują się jednak poświęcić czas i pieniądze na jakąś europejską podróż za Lechem (oby jeszcze w tym roku). Wspomnienia i przeżyte przygody są bowiem czymś czego nie da się opisać, oszacować i wyliczyć no i tym, co zostanie z nami do końca życia i będzie powracać przy każdych okołopiwkowych spotkaniach. Tylko LP!

 
Wiara Lecha na Facebooku