Tu jesteś:

Start » Mecze Kolejorza » Widzew Łódź - Lech Poznań: Powrót do ligowej rzeczywistości
Widzew Łódź - Lech Poznań: Powrót do ligowej rzeczywistości
Ocena użytkowników: / 60
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Qortes   
poniedziałek, 09 sierpnia 2010 21:10
AddThis Social Bookmark Button

71386Inaugurację wyjazdową za sprawą europejskich wojaży mamy już co prawda za sobą, ale szara ligowa piłka rządzi się swoimi prawami. Pierwszy mecz sezonu, do którego przystępujemy jako Mistrzowie Polski dawał gwarancję, że szaro nie będzie. Udaliśmy się bowiem na prestiżowy pojedynek z łódzkim Widzewem.

Nikt specjalnie nie ma wątpliwości, że to jeden z topowych wyjazdów w tej rundzie. Nic więc dziwnego, że przyznane nam 800 biletów rozeszło się w mgnieniu oka. Zdecydowana większość z nich została rozdysponowana pomiędzy grupy (do których przystąpienia, choćby w ramach sekcji dzielnicowych, gorąco zachęcam) i wyjazdowiczów z długim stażem, pozostała garstka trafiła do wolnej sprzedaży. Jeśli dodam, że pierwsi chętni ustawili się przed Tifo o …22:30 poprzedniego dnia, by całą noc spędzić w deszczu pilnując kolejki, to najlepiej zobrazuje to skalę wariactwa, jaki mamy na punkcie naszego klubu, niezależnie od marnych wyników osiąganych w tym momencie przez kopaczy.

Zebraliśmy się na stadionie ŁKS-u, co już stanowi atrakcję samą w sobie, by wspólnie ruszyć w stronę stadionu Widzewa. Konsternację wzbudziły jednak ledwie cztery autobusy podstawione do naszej dyspozycji. Trudno stwierdzić, czy komuś zabrakło wyobraźni, rozumu czy po prostu potraktował nas jak zwierzęta hodowlane, faktem jest, że 800 osób do czterech autobusów fizycznie nie da się upchnąć.

Cóż, chcąc nie chcąc udowodniliśmy, że jednak się da. Co z tego - żółwie tempo prowadzonej przez policję kolumny (wskazówka na prędkościomierzu kierowcy mojego autobusu z rzadka przekraczała 15km/h!) i parna, bezwietrzna pogoda zrobiły swoje. Gdy w jednym z autobusów młody chłopak omdlały stracił przytomność całą kawalkadę zatrzymaliśmy i korzystając z tej przykrej okazji ewakuowaliśmy się cali mokrzy z zafundowanego środka transportu. Oczywiście stróże prawa nie byliby sobą gdyby nie próbowali wyciągnąć do nas swej pomocnej dłoni i pełni troski o samopoczucie obywateli wpychać zdesperowanych ludzi z powrotem do autobusów. Sam autor niniejszej relacji zobaczył wycelowaną prosto w siebie lufę szotguna z klarownym, wykrzyczanym komunikatem „Wracaj do autobusu”. Jeśli dodamy do tego gaz, pałki i tarcze w pełnej gotowości to mamy pełen obraz naszej próby dotarcia na mecz ukochanej drużyny.

Do autobusów ponownie wpędzić nikt się nie dał i nie bacząc na kilometry dzielące nas do obiektu Widzewa i gwarantowane spóźnienie ruszyliśmy przez Łódź pieszo. W asyście policyjnego helikoptera, ot tak na wypadek gdyby jeszcze czegoś nam było trzeba.

Na Niciarnianą dotarliśmy na kilkanaście minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Dojście do sektora gości ewidentnie szykowane jest pod Euro 20012, w tym gąszczu prędzej spodziewałbym się dojrzeć bosego Wojtka Cejrowskiego z gromadką ludzi pierwotnych niż kibiców przed imprezą masową w cywilizowanym ponoć kraju. Oczekiwanie (szczęśliwie wejście odbyło się całkiem sprawnie) umilaliśmy więc sobie obrywaniem gałęzi i rzucaniem owocami. Na trybunę weszliśmy podczas pierwszej połowy.

71385

Gospodarze szczelnie wypełnili obiekt, wrażenie robił niemal cały stadion w czerwonych koszulkach. RTS dopingował bardzo dobrze, choć tym razem w uszach nie dudniło od nadmiaru decybeli, czego dało się doświadczyć w przeszłości. Zapewne wszystkiemu winna pogoda i letnie słońce, prażące w godzinach popołudniowych niemiłosiernie – początek meczu wyznaczono na godzinę 15:45 co jest delikatnie mówiąc chorym pomysłem.

Nasz doping nie miał prawa zachwycać, szczególnie biorąc pod uwagę skład, jakim pojawiliśmy się w Łodzi. Wykorzystywaliśmy jednak chwile ciszy ze strony Widzewiaków na pojedyncze okrzyki, dobrze zresztą słyszalne. Warto wspomnieć o oprawie anty skierowanej w naszym kierunku, w której to gospodarze ...pomylili nasze barwy. Nie obyło się bez drobnych, obustronnych złośliwości. Życie :-) 

71386

Aż przyszła 76. minuta i po niespodziewanej bramce dla Kolejorza mieliśmy swój czas. Wystarczyło, że w tym samym momencie załamała się pogoda , spadł deszcz i oszaleliśmy. Dla takich spontanicznych chwil radości warto jeździć na mecze i z dumą nadzierać gardło, reprezentując swoje wartości na uciszonym, wrogim terenie. Poznański styl!

Meczu, jakże mogłoby być inaczej, ostatecznie nie wygraliśmy ;) Wynik wynikiem, nie zawsze się wygrywa a i my do braku zwycięstw przez lata raczej zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nigdy jednak nikt nie przyzwyczai się do zaprezentowanego stylu i zaangażowania. Korzystając z pomeczowego rozbiegania odbyła się więc krótka i treściwa rozmowa na linii kibice-piłkarze mająca naprostować pewne sprawy. Co ważne od początku obie strony „trzymały poziom”, można więc wierzyć, że racje obu stron zostały zrozumiane. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę z jaką zawziętością przegoniony został wścibski paparazzi z gumowym uchem – panowie piłkarze, czemu tak nie na boisku?

 
Wiara Lecha na Facebooku