Tu jesteś:

Start » Mecze Kolejorza » Lech- Jagiellonia: Ogień!
Lech- Jagiellonia: Ogień!
Ocena użytkowników: / 39
SłabyŚwietny 
Wpisany przez qli   
poniedziałek, 02 sierpnia 2010 21:55
AddThis Social Bookmark Button

megafonLedwo opadły emocje po wyjeździe do Pragi, a już 4 dni później zameldowaliśmy się na finale Superpucharu Polski w Płocku. Jesienny serial wyjazdowy rozpoczął się na dobre.

W przerwie dwumeczu ze Spartą czekała nas wyprawa do Płocka by bronić zeszłorocznego trofeum, tym razem z pozycji Mistrza Polski. Ranga tego jakże prestiżowego w Polsce meczu dawała się we znaki już długo przed wyjazdem i na mieście nie mówiło się o niczym innym. Sporo osób chyba tego ciśnienia nie wytrzymało więc zamiast pięciu tysięcy około połowa tej liczby musiała na stadionie wziąć na siebie cały cieżar meczu. Pełną mobilizację widać było również od strony piłkarskiej, a na boisku pojawił się niemal najsilniejszy skład, raptem bez 8 czy 10 podstawowych graczy. Nic dziwnego, że nie brakowało po drodze głosów, że możemy nawet odpaść ze Spartą, możemy przegrać z Wisłą czy Legią w lidze, ale ten meczu po prostu musimy wygrać! Po dotarciu na miejscu okazało się, że przypisana nam trybuna jest pięknie wystawiona na lejącą się tego dnia z nieba klarę więc można było być niemal pewnym, że temperatura powietrza przeniesie się na trybuny. I tak też było - od początku ruszyliśmy z kozackim dopingiem, a dalej było już tylko lepiej. Idealna synchronizacja prowadzącego, bębna i klaskania w połączeniu z melodyjnymi śpiewami musiała robić pioronujące wrażenie. Im dłużej trwał mecz tym bardziej postronni obserwatorzy musieli się zastanawiać czego najedliśmy się przed wyjazdem, bo na trybunach trwał argentyńsko - bałkański szał, nakręcany dodatkowo huraganowymi atakami piłkarzy i nieustającą kanonadą na bramkę Jagi. Świecące przez 2 godziny prosto w twarz słońce, w połączeniu z szybkim wyczerpaniem zapasów wody na stoiskach, wyzwoliło pierwotne instynkty i jeszcze mocniej nakręcało radosne śpiewy. Strach się bać, co by się działo gdyby stadion Petry był zadaszony... Czegoś takiego w Płocku z pewnością dawno nie widziano, a miejscowi kibice raczej nie żałowali kasy wydanej na bilety. Do pełni szczęścia zabrakło tylko zwycięstwa, ale prezentujący ofensywny futbol i dający z siebie wszystko, mimo zmęczenia spowodowanego początkiem sezonu, piłkarze zebrali burzę braw, a radosne śpiewy przeniosły się na okoliczne ulice, gdzie udawaliśmy się do samochodów by wyruszyć do Poznania.

Tym razem relacja nieco ironiczna, bo trudno napisać cokolwiek pozytywnego o niedzielnej eskapadzie. Kilku doświadczonych wyjazdowiczów sklasyfikowało ten wyjazd jako jeden z najgorszych w karierze - to w sumie wystarczyłoby za komentarz. Nastąpiło chyba jakieś rozluźnienie w szeregach, a na stadionie i w okolicach nie brakowało niepożądanych w grupie, jaką są kibole Lecha, zachowań. Szukając jednak jasnej strony medalu można stwierdzić, że irytacja tym wyjazdem sprawiła, że dalej może być już tylko lepiej.

 
Wiara Lecha na Facebooku