Tu jesteś:
| Lech - Inter Baku: Gorący wieczór |
| Wpisany przez qli |
| czwartek, 22 lipca 2010 17:32 |
|
Po sparingu z Rosenborgiem przyszła kolej na podjęcie na Bułgarskiej innego zagranicznego rywala, tym razem w meczu o niemałą stawkę. Meczu, który miał być formalnością i przyjemną rozgrzewką przed wizytą w Pradze. Pomimo teoretycznie rozstrzygniętej rywalizacji, na stadionie znów zjawił się komplet kiboli pragnąć w duszny wieczór obejrzeć grad bramek i przekonać się na co po wakacjach stać Mistrza Polski. Warto odnotować wysoki procent kiboli w barwach, nawet na IV słynącej do niedawna z wizyt delegacji czołowych europejskich ekip-oby tak dalej. Była to też pierwsza okazja by sprawdzić jaką akustykę ma w pełni już zadaszony kolos i trzeba przyznać, że przy podłączeniu się obu trybun efekt wbija w ziemię. Spragniona dopingu wiara nie szczędziła gardeł od samego początku - ba, nawet przedmeczowy hymn brzmiał w tych okolicznościach rewelacyjnie. Pierwszy kwadrans zbiegł się z dobrą grą piłkarzy i było świetnie. Potem jednak mecz stawał się coraz słabszy i co gorsza - to samo stało się z dopingiem. Poza kilkoma konkretnymi zrywami, w tym jak zawsze przy "W grodzie Przemysława..", doping stał na raczej średnim poziomie. Coraz większa nędza na boisku, a z czasem rosnąca irytacja sprawiły, że zdecydowanie za mało osób angażowało się w doping i to mimo dramatycznych apeli i nawoływań Grzędy. Do tego wrócił stary grzech czyli śpiewy na wyścigi i oderwanie od rzeczywistości boków Kotła, co szczególnie wkurza przy zmierzającej nieuchronnie do zajechania "Dumą Polski jesteśmy od lat". Boki sektora sprawiają wrażenie, jakby żyły swoim życiem i za każdym razem jest ta sama historia, czasem aż odechciewa się śpiewać, kiedy prosta i przyjemna melodia śpiewana jest na 3 głosy i z dwoma tempami klaskania. Oby planowana reanimacja nagłośnienia pomogła i głos prowadzących docierał do wszystkich, bo chwilami wygląda to naprawdę słabo. Apogeum wspomnianej irytacji przyszło, gdy w końcowce meczu goście, wspierani przez symboliczną grupkę fanów na IV trybunie, objęli z niczego prowadzenie i zapachniało kompromitacją jakiej chyba jeszcze nie było. Pomimo ponurych żartów, że to przecież nie wstyd przegrywać z Interem, nikomu nie było do śmiechu. Niemal na pniu rozeszły się bilety do Pragi, większość dograła transport, noclegi, urlop, a tu zajrzało w oczy widmo pożegnania się z pucharami już po 2 meczach. Szok ustąpił złości - czy ktoś przypuszczał, ze na pierwszym meczu w Poznaniu poleci z trybun "... Kolejorz grać!" albo będzie trzeba przypominać piłkarzom, że w Lechu trzeba biegać, walczyć i się starać? Dobrze jednak, że te okrzyki tylko na chwilę pojawiły się na trybunach, bo skupienie się na pociskach w stronę graczy oznaczałoby złożenie broni przez kiboli, a Lech Poznań przecież nigdy się nie poddaje! Dogrywka nieco otrzeźwiła Kocioł bo nagle okazało się, że zamiast niemal sparingu gra toczy się o to, żeby sezon nie skończył się zanim jeszcze się zaczął. Kiedy doszło do karnych emocje sięgnęły zenitu, a wraz z kolejnymi strzałami rosło prawdopodobieństwo doczekania się co najmniej zawału. Na szczęście elwy uderzane były na bramkę przed Kotłem więc mogliśmy odpowiednio rozpraszać Azerów, co szczególnie przy pierwszych jedenastkach dawało piorunujący efekt z mieszanki gwizdów i buczenia. Na szczególnie mocne wsparcie mógł liczyć, jak się później okazało, bohater wieczoru Kotor, który w jednym z pomeczowych wywiadów przyznał, że nie wie czy tak dobrze by mu poszło gdyby nie wrzawa za jego plecami. I o to właśnie chodzi! Nasz doping ma prowadzić piłkarzy do dobrej gry, a nie odwrotnie, askoro umiemy dodać skrzydeł zawodnikom, to róbmy to nie tylko gdy wygrywamy mecze i zdobywamy trofea. Po ostatnim strzale chyba w całym mieście można było usłyszeć huk 13 tys. kamieni spadających z kibolskich serc. Wiara z pierwszych rzędów kotła skrzętnie skorzystała z zalanej fosy i robiąc mała "lawinę" zjechała do band reklamowych by cieszyć się z wywalczonego w męczarniach awansu. Po chwili euforii przyszła jednak refleksja, że byliśmy o krok o katastrofy, nic dziwnego zatem, że zmierzająca do wyjścia wiara raczej kręciła z niedowierzaniem głowami niż tryumfalnie śpiewała. Pewnie niejeden dałby wiele, żeby wygrać w karnych z nieco mocniejszym Interem niż ten z Baku... Oby ten dramatyczny wieczór był ilustracją powiedzenia o pierwszych śliwkach i zarazem początkiem pucharowych wojaży, o jakich myśli każdy, kto choćby raz miał okazję z dumą reprezentować Kolejorza za granicą. Pierwsza szansa ku temu już we wtorek w pięknej Pradze. Niech złociste przysmaki nikogo nie zmęczą przed meczem, bo na stadionie Sparty musi huczeć jak w Poznaniu! |



Gdyby ktoś postawił choćby złotówkę na to, że otwarcie sezonu w Poznaniu, które miało być zaledwie rozgrzewką przed bojem o awans do grupy Ligi Mistrzów, będzie takim dreszcowcem, to dziś chyba z miejsca znalazłby się na liście 100 najbogatszych Polaków.




