Ciężko ubrać w słowa to, co od kilkunastu godzin dzieje się w naszych głowach, sercach, w naszym mieście i regionie. Po długich, często chudych, latach czekania, wiary i bezgranicznego oddania Kolejorzowi w końcu ziściło się nasze marzenie - jesteśmy Mistrzami Polski!
Od wtorkowego wieczora trudno było znaleźć w Poznaniu i okolicach kogoś, kto nie czekałby na sobotę i ostatni mecz sezonu. Rozmowy o meczu i szansach na mistrzostwo zajmowały wszystkich i wszędzie i nawet osoby pozornie nieinteresujące się klubem widziały, że kroi się coś większego. Pomimo wysokich cen błyskawicznie zniknęły wszystkie bilety, a że nikt nie mógł już z emocji wysiedzieć w domu tłumy na stadionie pojawiły się dużo wcześniej niż zwykle. Wybiegających na rozgrzewkę piłkarzy przywitał niemal wypełniony stadion, a wszyscy na nim zebrani zgodnym głosem zaśpiewali, że tego wieczora gramy o mistrza. Atmosfera była podniosła a napięcie ogromne, w związku z czym doping jaki rozbrzmiewał na rozgrzewce przebijał chyba atmosferę meczową z niejednego stadionu. W takim meczu nie mogło zabraknąć oczywiście oprawy - po raz kolejny nasi ultrasi stanęli na wysokości zadania przygotowując oprawę idealnie wpisującą się w to, co dzieje się wokół Lecha i jego kibiców, a także - jak się później okazało - w konwencję całego wieczoru i nocy. Prezentacja, która jak widać na zdjęciach była estetyczna i czytelna, podświetlona została dużą ilością piro, co podkreślało jej charakter.
O samym meczu trudno napisać coś szczególnego - doping stał na dobrym, acz chyba niepowalającym poziomie, chociaż jak to się zwykło mawiać o filmach - "momenty były". Wyczuwalny był nastrój lekkiej niepewności czy aby nie przytrafi się jakaś katastrofalna wpadka i czy piłkarze udźwigną presję. Dopiero druga bramka pozwoliła tak naprawdę odetchnąć i zacząć oswajać się z myślą, że to, o czym od lat marzyliśmy w końcu staje się faktem. Aby nie było wątpliwości o jakim wydarzeniu mówimy nad kotłem pojawił się drugi element oprawy - sporych rozmiarów trans "Mistrz powrócił ma się zdrów" w asyście dużej liczby rac.
Tych nie brakowało także przez całą drugą połowę, a odpalane co chwilę w różnych ilościach na obu trybunach tworzyły dawno niespotykany klimat. Szkoda, że przez coraz bardziej rygorystyczne przepisy ten element ruchu kibolskiego został ograniczony, bo nie ma chyba kibica, którego piro nie nakręca do dopingu i nie kojarzy się jednoznacznie ze stadionem. Końcowy gwizdek oznaczał euforię i wstęp do niezapomnianych wydarzeń. Z racą na boisku szaleli piłkarze, z racami na trybunach szaleliśmy my, a śpiewy, okrzyki i oklaski zdawały się nie mieć końca. Wiele osób nie kryło łez wzruszenia bo oto po 17 latach, nierzadko latach szarych, nijakich, także tych drugo - i niemal trzecioligowych wróciliśmy na szczyt.
Nadszedł czas świętowania na Starym, a jak wiadomo najlepszym sposobem, żeby się tam dostać jest spacer spod stadionu ;) Przez miasto przeszedł imponujący pochód, który po drodze na każdym kroku napotykał wyrazy sympatii od mieszkańców miasta - starszych, młodszych, w barwach i tych bez. Tymczasem na piłkarzy i na kiboli maszerujących przez miasto czekał już tłum na Starym. Wiara zaczęła gromadzić się tuż po meczu i błyskawicznie pojawiło się jej tyle, że wydawało się, że więcej osób już się po prostu fizycznie nie zmieści. Z każdą minutą panował jednak coraz większy ścisk bo nikt nie chciał opuścić mistrzowskiej fety. To co zaczęło dziać się na Starym wraz z upływem czasu przejdzie do historii miasta. W asyście bębnów rozpoczęły się chóralne śpiewy, a wieczór rozjaśniały co chwile odpalane race, których z każdą minutą było więcej. Trudno powiedzieć ile osób okupowało Rynek i okoliczne uliczki, ale śmiało można liczyć w dziesiątkach tysięcy. Wiara stała na rusztowaniach, na dachach, w oknach i na pomnikach, a co bardziej zdesperowani wdrapywali się na latarnie skąd niezmordowanie śpiewali i machali szalikami. Apogeum nastąpiło z chwilą pojawienia się w okolicach Starego autobusu z piłkarzami - tylko dzięki filmom z pokładu autobusu można spróbować uzmysłowić sobie to, co działo się na całym Rynku. To była po prostu jakaś masakra, szaleństwo, jakaś totalna wiksa. Rynek dosłownie płonął od rac, odpalanych w nieprawdopodobnych wręcz ilościach w każdym punkcie Starego.
Wstępne szacunki mówią, że tego wieczora spłonęło przeszło 1000 rac - patrząc na czerwony i zadymiony godzinami Rynek takie liczby wcale nie wydają się przesadzone. Jeśli kogoś w sobotni wieczór nie było w centrum nie będzie chyba umiał uświadomić sobie tego, jak szczęśliwi byliśmy w tym czasie i jakie powitanie zgotowaliśmy piłkarzom. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na bardzo fajną radość i zachowanie samych zawodników - całą drogę na stadion śpiewali nasze przyśpiewki świetnie się przy tym bawiąc, a na dodatek przyłączyli się do naszego pirotechnicznego obłędu i z balkonu ratusza nie żałowali rac, co wydawało się sprawiać szczególną frajdę zawodnikom z Bałkanów. Na balkonie bawili się także działacze klubu, którzy wcale nie zamierzali odstawać od reszty towarzystwa jeśli chodzi o piro. Gdy w tych wszystkich okolicznościach wystrzelono niebieskie serpentyny i poleciało niebiesko - białe konfetti widok był po prostu niesamowity. Hitem wieczoru było jednak pojawienie się na ratuszowym balkonie prezydenta Grobelnego wyposażonego - a jakże! - w racę! Widok prezydenta przeszło półmilionowego miasta machającego racą na ratuszu to zdaje się wydarzenie bez precedensu.
To co działo się na ratuszowym balkonie i przed samym ratuszem było kwintesencją hasła z meczowej oprawy - jesteśmy zajebistym Kibolskim Klubem Sportowym, gdzie można, po poznańsku, wypracować kompromisy i wspólnymi pomysłami i pracą rozpędzić naszą Lokomotywę we właściwym kierunku, nie tracąc przy tym charakteru i klimatu, którego nie da się nigdzie indziej podrobić. Nie ma w tym odrobiny buty czy pychy - wczoraj zwyciężył tak zwalczany ostatnio poznański styl, a po tym co zobaczyliśmy wieczorem widoki na przyszłość są naprawdę obiecujące. Przesiąknięta tym klimatem, entuzjastyczna fiesta pod ratuszem trwała jeszcze długo po odjeździe zawodników, a następnie przeniosła się do absolutnie wszystkich knajp, klubów, pubów i dyskotek w okolicy. Alkohol lał się strumieniami, a radosne okrzyki słychać było do bladego świtu - większość z nas wracała do domu gdy było już jasno, nie zabraknie też pewnie tych, którzy postanowili świętować w nocy z sobotę na poniedziałek, a już na pewno nie można wykluczyć, że w najbliższym tygodniu całe miasto funkcjonować będzie na raczej zwolnionych obrotach.
To był niesamowity, nieprawdopodobny i niepowtarzalny wieczór, który trudno opisać. Każdy z nas przeżył coś wyjątkowego, pięknego i szalonego. Emocje, które unosiły się nad Starym tej nocy są trudne do opisania, dopiero obejrzenie filmów i zdjęć pozwala jako tako ogarnąć ogrom tej fiesty. Serce rośnie również gdy spojrzy się totalnego fioła jaki poznaniacy i wielkopolanie mają na punkcie Kolejorza - chyba mało kto spodziewał się aż takich tłumów, przy czym 99 % zebranych miało ze sobą co najmniej szalik albo koszulkę. Wspaniałą sprawą jest również to, że obyło się bez burd, demolek i zezwierzęcenia - to była czysta, mistrzowska feta. Tak się bawi, tak się bawi LECH POZNAŃ!