 Wojny, zarazy, genialne odkrycia, lądowanie na Księżycu - tak tworzy się historia. Te wszystkie wiekopomne wydarzenia są jednak niczym, w porównaniu do tego, co wydarzyło się we wtorek w Chorzowie.
Ostatni wyjazd sezonu zapowiadał się pasjonująco jak żaden inny. Powody? Co najmniej kilka. Pomimo kompromitacji Legii w meczu z Wisłą wciąż mieliśmy realne szanse na liderowanie w tabeli, walka o najwyższe cele miała odbyć się na boisku co najmniej nielubianego przeciwnika również mającego ciśnienie na mecz, a już zupełnie na deser - wyjazd spinał wyjazdowy sezon i następną okazją na wojaże będą dopiero europejskie puchary. Pomimo niezbyt dogodnego terminu nie było problemów z rozdzieleniem puli 1000 biletów i we wtorkowy ranek wyruszyliśmy w drogę. 2 godziny później byliśmy w ... Krzesinach bo wkrótce po wyjeździe zepsuły się hamulce w naszej banie i musieliśmy czekać na podstawienie zastępczego składu. To taka mała tradycja związana z wyjazdami specjalem na Śląsk - ostatnimi czasy praktycznie każda eskapada w tamtym kierunku kończy się awarią pociągu. Przymusowy postój wprowadził obawy czy zdążymy na mecz, zwłaszcza że nie udało się po drodze nadrobić opóźnienia, ale na szczęście zdążyliśmy, a dzięki sprawnemu wpuszczaniu niemal wszyscy zameldowali się na sektorze na początek meczu. Temat rozważań w banie był jeden i odmieniany przez wszystkie przypadki - czy piłkarze z lepszej strony krakowskich Błoń będą w stanie skutecznie przeciwstawić się Wiśle i wyrwać choćby punkt, co przy naszym zwycięstwie dawałoby pierwsze miejsce przed ostatnim meczem w Poznaniu. Co bardziej zdesperowani liczyli na dzielną postawę "niespadywalnej" Odry grającej w ostatniej kolejce w Krakowie, jeszcze inni dobrych znaków przed meczem upatrywali na niebie gdzie po burzy tuż przed wjazdem do Chorzowa pojawiły się słońce i tęcza.

Po szczelnym oflagowaniu sektora ruszyliśmy z dopingiem, który powiedzmy sobie szczerze - w pierwszej połowie stał na takim sobie poziomie. Tradycyjnie już można zastanawiać się nad przyczynami, ale pewnie każdy z obecnych wie, dlaczego wyszło tak, a nie inaczej. Niezbyt imponująco zaprezentowali się również miejscowi, którzy pomimo kompletu na stadionie raczej nie rzucali na kolana. Nie zabrakło oczywiście obustronnych uprzejmości oraz małego psikusa z naszej strony w postaci podchwytliwego pytania "kto wygra mecz" skierowanego do miejscowych :) To wszystko odeszło jednak w niepamięć tuż po przerwie, kiedy w jednej z pierwszych akcji miejscowi zdobyli bramkę. Ożywiło to sektory kiboli Ruchu, ale co istotne - obudziło także nas. Przed meczem myśleliśmy tylko co musi się stać, by punkty zgubiła Wisła, a nagle okazało się, że przede wszystkim trzeba wygrać swój mecz, co wcale nie musiało być takie oczywiste. Ocknęliśmy się z letargu i zaczęliśmy śpiewać by mimo wszystko pokazać równie ospałym przed przerwą graczom, że wiary w wiarze nie brak. Duża w tym zasługa prowadzącego doping, który w momencie zwątpienia przypomniał kim jesteśmy i czym jest dla nas 0:1 - przecież nie z takich opresji już wychodziliśmy zwycięsko. Wkrótce przyszło wyrównanie i potężna dawka nadziei wlana w serca, ale zaraz potem dostaliśmy wiadomość z Krakowa - Wisła prowadziła. W ostatnich minutach trudno było skoncentrować się na dopingu, bo emocje sięgały zenitu - mecz się rozkręcił i co chwilę coś się działo, a jakby tego było mało sektor co chwile obiegały nieprawdziwe informacje - a to, że Cracovia wyrównała, a to że Wisła prowadzi już wyżej.
Sztuką było nie dostać w tym momencie zawału, bo wydawało się, że to co było tak blisko znów się oddala. Trudno się dziwić, że doping był chwilami rwany, a wielu przeżywało każde boiskowe zagranie - nie jesteśmy przecież maszynami. Emocje udzieliły się wszystkim - tym starszym i tym zaliczającym pierwszy wyjazd, nerwowo na zegar spoglądali i ci lepiej zbudowani i ci mniej wysportowani - dla wszystkich liczyło się tylko jedno - wygrać i przedłużyć nadzieje. Jeden z kibiców zastanawiał się w przypływie desperacji dlaczego choć raz szczęście nie może się do nas uśmiechnąć tylko ciągle wiatr wieje w oczy.
I właśnie wtedy nadeszła ta chwila - jeden z chorzowian symulował w polu karnym Lecha, a nasi gracze wyprowadzali kontrę. Cała chorzowska prosta krzyczała, żeby wybili piłkę, z naszego sektora docierał na boisko rozpaczliwy krzyk "graj!! jedź!! i chyba tylko niebiosom można dziękować, że symulant z Chorzowa się podniósł, a nasze krzyki było głośniejsze, bo piłkarze kontynuowali akcję i to właśnie po niej padł gol. Idealnie dostosowali się do śpiewanej przez nas piosenki - "walcz o mistrza, to nasz cel (...) Lechu ukochany, nigdy nie poddawaj się!" W jednej chwili na sektorze zapanował totalny amok, szaleństwo, euforia. Ludzie wylądowali na płotach, biegali po sektorze, darli się wniebogłosy.
Nic nie mogło zabrać zwycięstwa, pozostało tylko czekać na wiadomości z Krakowa. Kilkadziesiąt sekund później nastąpił drugi cud, trzęsienie ziemi, spadł grom z jasnego nieba - Cracovia wyrównała w ostatniej sekundzie meczu, co dawało nam pozycję lidera przed ostatnim meczem sezonu. Wiadomość błyskawicznie rozeszła się po sektorze i spowodowała drugi wybuch nieokiełznanej, dzikiej radości. Naprawdę brakuje słów by opisać te emocje - część ludzi, pamiętając o wcześniejszych lipnych doniesieniach nie dowierzała, inni wyglądali jak opętani skacząc, krzycząc lub wisząc na płotach, jeszcze innym zaszkliły się oczy. Chwilę później skończył się mecz, a z naszego sektora rozległo się gromkie "Mistrz, mistrz Kolejorz!" Momentalnie podbiegli do nas piłkarze - nie wszyscy znali jeszcze wynika z Krakowa więc część tonowała nastroje, ale erupcji tego wulkanu nie dało się już powstrzymać - głośnym śpiewom i okrzykom nie było końca, wszyscy zwariowaliśmy ze szczęścia. W ciągu 60 sekund przebyliśmy drogę z piekła do raju i nic nam tego nie mogło już zabrać.
Dość długie pomeczowe oczekiwanie na sektorze minęło błyskawicznie, wszyscy przybijali piątki, sprawdzali tabele albo po prostu nie dowierzali w to, co się stało. Jakiś czas później kilku zawodników przyszło przybić piątki pod płotem - oprócz podziękowań nie zabrakło przypomnienia, że w sobotę nie można zmarnować tego co właśnie miało miejsce, ale chyba nikt z nas i z nich nie dopuszcza myśli, że to w ogóle możliwe. Kiedy w końcu wyruszyliśmy na pociąg było oczywiste, że nie uda się wrócić zgodnie z rozkładem bo każdy wiedział co nas czeka po drodze :) Zapasy ze "sklepiku" ultrasów zniknęły momentalnie i zaczęła się wielka pociągowa impreza. Obiektem szydery stał się nasz nowy ulubieniec Mariusz Jop, na cześć którego powstała niezliczona ilość przyśpiewek i przeróbek znanych hitów. Gdy tylko zatrzymaliśmy się w Tarnowskich Górach setki osób wysypały się na peron i w asyście bębnów i rac świętowaliśmy ile sił w płucach. Taka sama sytuacja miała miejsce na kolejnej stacji i w pociągu - w każdym przedziale coś się działo, nikt nie zamierzał przeżywać tego powrotu na spokojnie. Do Poznania dotarliśmy gdy było już jasno, a miasto budziło się z wolna do życia - większość z nas musiała za parę godzin stawić się w pracy czy w szkole, nie zabrakło osób, które nie mogły mówić, ale to wszystko było nieważne - byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.
Czy można było lepiej wymarzyć sobie ostatni wyjazd sezonu? Chyba nie, takiej dramaturgii nie dałoby się zaplanować, mimo że na forum pojawiło się marzenie, że Wisła straci tytuł przez samobója w ostatniej minucie. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że wszystko wydarzyło się na stadionie naszej kosy a miejscowi musieli przełknąć gorycz porażki i obserwować naszą ogromną radość. To był niesamowity wyjazd, dla wielu - w tym starych wyjazdowych wyjadaczy, którzy zjeździli za Lechem i Polskę i Europę - wyjazd najlepszy w życiu. Podobne pociągowe fety miały miejsce po słynnym już powrocie z Legii czy po zdobyciu Pucharu Polski, ale chyba nawet te wydarzenia schodzą na dalsze pozycje w zestawieniu wyjazdowych wspomnień. Myślę, że nawet jeśli zdobędziemy tytuł za rok i za dwa lata, wspomnień z wtorku nic nie przebije bo w najpiękniejszy z możliwych sposobów ziściło się to, co dla wielu z nas jest pasją i sensem życia. Latami pokonywaliśmy tysiące kilometrów, poświęciliśmy niezliczoną ilość czasu i pieniędzy, by być z naszym klubem zawsze i wszędzie i w końcu nasze marzenia niemal się ziściły. Niemal, bo do rozegrania został jeszcze jeden mecz, który też trzeba wygrać, ale nikt chyba nie wierzy że tak się nie stanie. Pamiętając jak cieszyliśmy się we wtorek zmobilizujmy się na sobotę i od pierwszej do ostatniej minuty dopingujmy, a potem bawmy się do rana.
|