Tu jesteś:
| Wisła Kraków - Lech Poznań: Wierzymy mimo wszystko |
| Wpisany przez Qortes |
| poniedziałek, 26 kwietnia 2010 20:57 |
|
Wyjazd do Krakowa na tegoroczną wiosnę zapowiadał się nader interesująco z co najmniej kilku powodów. Przede wszystkim sportowo walka o Mistrzostwo Polski wkroczyła w decydującą fazę. Od jakiegoś już czasu ogrywamy Białą Gwiazdę a ewentualne, mocno oczekiwane także teraz zwycięstwo przybliżyłoby nas znacząco do upragnionego tytułu. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały przed meczem, że wreszcie grupa kopaczy w niebiesko-białych barwach jest w stanie osiągnąć prymat w kraju. Moment to dla nas, wyposzczonych latami porażek z kulminacją w postaci drugoligowej degrengolady, szczególny - niewielu z obecnych wyjazdowiczów pamięta ostatni sukces Kolejorza na polskim podwórku.
Niewielu także pamięta ostatnią wizytę Lechitów na stadionie Hutnika Kraków - w sezonie 2001/2002 na drugoligowym froncie Lech pokonał biało-błękitno-niebieskich 2:1. Od tego czasu nic nie zapowiadało, że przyjdzie nam ponownie pojawić się na Suchych Stawach - hutnicy wegetują w obecnej III lidze a wątpliwa sytuacja finansowa klubu doprowadziła zrozpaczonych fanów do budowy nowej drużyny, bazującej na tradycjach poprzednika. Jednakowoż zamieszanie wokół Euro i związane z tym remonty stadionów zmusiły włodarzy obu krakowskich ekstraklasowych ekip do przenosin do Nowej Huty. I tak, po kolejnych n-tych wizytach na znanych wszystkim obiektach, tym razem przytrafił nam się wyjazd z dodatkową stadionową atrakcją.
Nie dziwią więc bardzo wyśrubowane zasady podziału biletów - o przyznaniu wejściówki decydował staż kibicowski oraz liczba wyjazdów. 300 przekazanych przez Wisłę biletów rozeszło się rzecz jasna w moment.
I tak w komplecie, wspomagani przez Cracovię (w liczbie 36) stawiliśmy się na zbiórce przy Kałuży. 45 minutowy przejazd autobusami na obiekt Hutnika, uciążliwe wpuszczanie jedną bramką w pełnym słońcu i kurzu, wreszcie uprzejme powitanie ze strony wiślackich kibiców i zaczynamy.
To nie był mecz z gatunku tych, które zapamiętane zostaną szczególnie długo. Na boisku żenada wielka, na trybunach głównie złość i irytacja. Tym razem nasz skład wyjazdowy to głównie ci czerpiący frajdę z innych elementów kibicowskiego rzemiosła, więc i śpiew nie miał prawa być naszą mocną stroną. Stąd ograniczyliśmy się do okrzyków. Cudów nie było. Szkoda tylko, że po meczu zabrakło jakiegoś konkretnego hasła oddającego poziom złości po asekuranctwie zawodników przez pełne 90 minut. Nie zabrakło natomiast "Czy wygrywasz czy nie", co przy tym całym zawodzie jaki nas spotkał i zdeptanych nadziejach brzmi szczególnie - byliśmy, jesteśmy i będziemy z tym klubem zawsze, bez względu okoliczności. Z klubem, nie z piłkarzami - nie wiadomo jednak, czy ktokolwiek z nich jest w stanie tę różnicę poczuć.
Smutni wyruszyliśmy w długą drogę powrotną. Wyjazd bez historii, ale każdy kolejny taką historię będzie pisał na nowo. Jeździć dalej i wierzyć. Tylko to nam pozostaje, jak zawsze.
|
Wiara Lecha na Facebooku









