Tu jesteś:
| Lech - Jagiellonia: Oby tak dalej! |
| Wpisany przez qli |
| niedziela, 21 marca 2010 23:53 |
|
Runda wiosenna w pełni i po emocjonującej wizycie w Bełchatowie tym razem przy Bułgarskiej gościliśmy Jagiellonię. Niestety białostoczanie - jedna z fajniej prezentujących się ekip w lidze - pojawili się jedynie w kilka osób i w niedzielne popołudnie bawiliśmy się sami. Podobnie jak przed spotkaniem z Cracovią, niewielka ilość biletów rozeszła się właściwie na pniu, nie zawiedli też karnetowicze i po raz drugi w tej rundzie tłumnie zawitaliśmy na nasz stadion. Kilkanaście minut przed meczem postanowiliśmy rozgrzać gardła i trzeba przyznać, że efekt był naprawdę konkretny. Do wspólnych śpiewów od razu podłączyła się czwórka i kwadrans przed meczem rozgrzewający się pod kotłem piłkarze mieli doping, jakiego pozazdrościć mogliby nam na wielu obiektach. Początek meczu był równie obiecujący jeśli chodzi o doping, jednak potem przyszła ulewa, która uszkodziła nagłośnienie i chyba przy okazji troche ostudziła głowy śpiewających. Mimo starań prowadzącego, doping w pierwszej połowie raczej nie zachwycał. Na szczęście wszystko zmieniło się po przerwie - zaczęliśmy od mocnego "Więc wstań..", a najlepsze miało dopiero nadejść. Od jakiegoś czasu kawałkiem porywającym wszystkich i wszędzie jest "W grodzie Przemysława.." - wychodzi praktycznie bezbłędnie, jak chyba żadną inną piosenkę śpiewamy z poszanowaniem melodii, bębnów, rytmicznego klaskania - można się zachwycać bez końca. Co ciekawe, niewiele gorzej niż na meczu wychodzi podczas "marszu pingwinów" po opuszczeniu kotła - to najlepiej świadczy jak podpasowała nam melodia i wykorzystując zapał trzeba spróbować z równym zaangażowaniem podejść do innych piosenek, śpiewanych czasem na wyścigi. Miejmy nadzieję, że "W grodzie.." nie zostanie zajechane, bo przecież "Każdy z nas..." też na początku wbijało w glebę, a ostatnio różnie z nim bywa. Tak czy siak, aktualnie mówiąc najprościej miażdży i na jego wykonanie czekamy z taką samą niecierpliwością jak na bramki. Po golu na 2:0 śpiewaliśmy ją chyba najgłośniej w historii, aż trudno było usłyszeć własne myśli. Piękne uczucie, strach się bać o liczbę decybeli gdy trybuny i dach zostaną ukończone. Wielką rolę w nauce poprawnego śpiewania odgrywa na pewno bardzo dobra akustyka, dzięki czemu każdy, czy to w kotle, czy na czwórce, może się nakręcać i próbować zrobić jeszcze większe echo. Dzięki akustyce mniej doskwierał też brak nagłośnienia, a dobra zabawa z naprawdę głośnym dopingiem trwała już do końca meczu. Ten zakończył się kolejną wygraną i apetyty na końcowy sukces są coraz bardziej rozbudzone. Podchodzącym zawodnikom towarzyszył śpiew - a jakże - o grodzie Przemysława, a z ciekawostek warto odnotować zachowanie S. Kriwieca, któremu chyba pasuje nasz kibolski klimat - jeszcze nie do końca ogarniając pomeczowy rytuał, ale wyraźnie zadowolony próbował już przyłączyć się do śpiewu. Miejmy nadzieję, że na koniec sezonu sprawdzimy znajomość naszych przyśpiewek u wszystkich piłkarzy w czasie fety na Starym. |



Komplet kiboli na trybunach i komplet punktów na boisku - chciałoby się, żeby taki zestaw był na Bułgarskiej obowiązkowy, niczym kawa i wuzetka, już do końca sezonu.




