Tu jesteś:

Start » Czytelnia » Inne » 1.10.2011 Vojvodina - Partizan
1.10.2011 Vojvodina - Partizan
Ocena użytkowników: / 20
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Bodziu   
piątek, 07 października 2011 09:00
AddThis Social Bookmark Button

4W gronie zainteresowanych serbską historią, kulturą i językiem, a przede wszystkim zajaranych serbską sceną kibicowską – pomysł wyjazdu do Serbii na któryś z meczów tamtejszej ekstraklasy dojrzewał już od jakiegoś czasu. W końcu zdecydowaliśmy się zobaczyć mecz pomiędzy Vojvodiną Novi Sad a Partizanem Belgrad - z uwagi na napięcie pomiędzy kibolami obu klubów te spotkania są, rzecz jasna po veciti derbi Belgradu, uważane za drugie w hierarchii najciekawszych widowisk kibicowskich w Serbii. Jedyną rozterką było wzajemne nałożenie się terminarzy (w ten sam weekend wypadł nam wyjazd do Krakowa), ale po początkowych wahaniach, zdecydowaliśmy się jednak ruszyć na południe w przysłowiowe „trzy auta dobrej bandy” ;).

Po nocnej podróży, wjazd do stolicy autonomicznego regionu Wojwodiny od razu przyniósł ze sobą niemiłą niespodziankę. Auto jednego z kolegów „klękło” na cygańskich przedmieściach miasta i za nic nie chciało jechać dalej. Dzięki bezinteresownej pomocy lokalnego właściciela budki z hamburgerami (!) dowlekliśmy się jednak jakimś cudem do prywatnego warsztatu samochodowego i powierzyliśmy wehikuł do naprawy mechanikowi Dusko. Ten okazał się na szczęście bohaterem dnia, bo w końcu po długiej naprawie ogarnął temat i samochód był już następnego dnia sprawny do dalszej jazdy.

Ze sporym opóźnieniem dotarliśmy do hostelu i po szybkiej ogarze od razu ruszyliśmy w miasto. Nowy Sad okazał całkiem ładnym miasteczkiem, przy tym bardziej w stylu zachodnim niż bałkańskim. Wrażenie robią zwłaszcza deptaki w centrum miasta z niezliczoną ilością knajp i restauracyjnych ogródków (jak się okazało w nocy – również z imponującą liczbą wszelkiej maści imprezowni). Oprócz centrum zwiedziliśmy też malownicze miasto Petrovaradin (leżące tuż obok – po drugiej stronie Dunaju) z obronną twierdzą. Z braku czasu, po szybkiej konsumpcji miejscowych specjałów i bacznym podziwianiu urody miejscowych kobiet (zgodnie przyznaliśmy im notę wyższą niż w Dniepropietrowsku; kto był, ten wie, że poziom zatem był wysoki :)), trzeba się już jednak było pomału zbierać na stadion.

Mecze Vojvodiny z Partizanem – od momentu, gdy ci drudzy zastrzelili jednego z fanatycznych kibiców Voszy Dejana Dimitrevicia Lonaca - zawsze są pełne emocji. Nie inaczej było tym razem. Mecz odbywał się o 19.00, przy sztucznym świetle zamontowanych na stadionie niedawno jupiterów. Firma już od dawna mobilizowała się na ten mecz hasłem „Svi na Sever”. Na ich fanatycznej północnej trybunie nie było jednak „wszystkich”, bo – z uwagi na ograniczenie biletów w związku z meczem podwyższonego ryzyka – Sever nie mogła zostać wypełniona do ostatniego miejsca, choć niewątpliwie gospodarze i tak stawili się na niej bardzo licznie.

Po wejściu stanęliśmy z boku trybuny, jak się okazało obok grupy o swojskiej nazwie „Freaks” :) Bardzo widoczny był także fc z wspomnianego Petrovaradinu. Rzuciła nam się też w oczy niezwykle niska średnia wieku kibiców z ichniego „młyna”, potem było jednak widać, że ta młodość przełożyła się na jakość (doping i wydarzenia „okołoboiskowe”), Vojvodinie nie grozi więc w bliskiej przyszłości żadna pokoleniowa luka.

Gospodarze byli dość dobrze oflagowani, w centralnym miejscu sektora wisiała oczywiście główna flaga Firmy, a także zarys Kosowa w barwach serbskiej flagi narodowej i podobizna wspomnianego Lonaca (przy wejściu na trybunę poświęcony jest mu też mural na jednej ze ścian). Firma zaczęła z dobrym dopingiem, momentami wręcz bardzo dobrym. Nie zawiedli się ci z nas, którzy liczyli na właściwą dla południowców melodyjność przyśpiewek i ich bogaty repertuar. Potwierdziło się również to, że w Serbii nie ma podziału na poszczególne „sekcje” – w doping, jak i w przygotowywanie oprawy, zaangażowani są wszyscy aktywni kibice. Wracając do dopingu - oczywiście bardzo dużo również wrzutów na znienawidzony Partizan i jego poszczególnych piłkarzy. Gospodarze przez całą pierwszą połowę z dużymi flagami-machajkami z nazwami poszczególnych grup kibicowskich i pojedynczą pirotechniką. Pojawiły się również małe płótna z przekreślonym symbolem grabarza.

5

6

Partizanowi przyznano jedną z trybun (w mieście, podobnie jak w całej Serbii, działa również fc Partizana, ponoć jednak dużo mniej „prężny” niż lokalny fc Zvezdy), jednak w pierwszej połowie Grobari prezentują się słabiutko, pomrukując jedynie cicho i nie będąc w stanie przekrzyczeć miejscowych.

Pod koniec pierwszej połowy miał miejsce chyba najciekawszy kibolski akcent meczu. Pod drugą (krytą - zachodnią) z trybun zajmowanych przez Voszę – Zapad - podjechała spora grupa kibiców gości. Gospodarzom z „krytej”, rzecz jasna, nie bardzo się to spodobało i postanowili zareagować. Z położonego na łuku fanatycznego sektora zaczęły pomału „wysypywać się” również konkretniejsze jednostki z Firmy. Płotek oddzielający trybuny od bieżni przy boisku przeskoczyli również obecni na stadionie kibice Grobari, ci szybko jednak cofnęli się po interwencji służb. Vojvodina również zaczęła cofać się na swój sektor, jednak już przy dość biernej postawie „upominanych” co rusz przez wracające osoby ochroniarzy i mundurowych, którzy otoczyli Sever dopiero wtedy, kiedy znaleźli się już na niej ostatni „lekkoatleci”. Sam mecz został przerwany na dwie minuty, jednak w mediach nie było na drugi dzień nawet krzty z polskiej histerii „pobydgoskiej” (pojawiły się jedynie drobne wzmianki w gazetach).

W drugiej połowie „ogarnął się” wreszcie Partizan. Po przyjeździe głównej ekipy – wieszają flagi, zbierają się w jedną grupę i wreszcie głośniej dopingują, również z flagami-machajkami. Obie ekipy wieszają również transy dotyczące sytuacji w Kosowie i śpiewają narodowe pieśni związane z tym regionem (Partizan – „Oj Kosovo, Kosovo”, Vojvodina – „Vidovdan”), co ciekawe – przy wykonywaniu tych pieśni kibice przeciwnej ekipy każdorazowo…milczą.

8

Druga połowa stoi jednak pod znakiem pokazu dopingu w wykonaniu gospodarzy. W przerwie bardzo spontanicznie rozkładają kartoniadę, która przedstawia wzór z używanych w pierwszej połowie machajek. Dodatkowo na płocie zawisa trans i herby Vojovodiny, a całość „okraszona” zostaje pirotechniką, która w całości ląduje na bieżni (pojedyncze race odpala i rzuca na murawę również Partizan). Warto dodać, że serbskie władze coraz bardziej starają się inwigilować i utrudniać życie serbskim fanatykom (co związane jest głównie z „wybuchem” politycznej poprawności związanej z planami akcesji do UE), pojawiają się więc znane z polskiej sceny kominy i szybkie przegrupowania odpalających świeczki. Doping warunkują wydarzenia na boisku – Vojvodina  w 70.minucie strzela na 1:2 i przez resztę meczu „ciśnie” chcąc doprowadzić do remisu, co momentalnie przekłada się na najgłośniejsze tego dnia decybele miejscowych. Partizan z drugiej strony niespodziewanie momentalnie milknie. Wynik już jednak nie ulega zmianie. Wychodzących gości znów żegna arsenał gwizdów i wrzutów.

7

9

Z ogólnych uwag – na stadionie nie ma w ogóle cateringu, a trybuny pozostają na czas meczu…zamknięte. Co ciekawe, gospodarze w Serbii cierpliwie czekają, aż stadion opuszczą kibice gości – trybuny stadionu w Nowym Sadzie otworzono więc dopiero wtedy gdy konwój przyjezdnych (w Serbii zawsze wszystkie ekipy podróżują razem z dodatkowym „wahadłem” na całej trasie przejazdu) oddalił się już na „bezpieczną odległość”. Pobieżna lektura kibolskiego forum Firmy pokazuje, że kibice Voszy są zadowoleni z kierunku, w którym podąża kibicowski ruch w Nowym Sadzie i faktycznie są warci miana „trzeciej siły” w Serbii. Wewnętrzny konflikt wśród kibiców Partizana wpływa natomiast chyba jednak na spadek jakości tej ekipy, co powoduje, że obecnie niekwestionowanym liderem serbskiej sceny są Delije.

Następne dni i godziny spędzamy zgodnie ze scenariuszem znanym z pucharowych wyjazdów za Lechem – wieczorno-nocny balet na mieście i w hostelu plus zwiedzanie. Na powrocie odwiedzamy stolicę Serbii (w Belgradzie miała się wtedy odbyć parada i kontrparada równości, obie zostają jednak w ostatniej odwołane, o czym nie wiedziała jednak…ekipa TVP, którą spotykamy na mieście), gdzie udaje nam się wejść na chwilę na trybuny Marakany i Budapeszt (tu nie było nam z kolei dane przyjrzeć się bliżej stadionowi Ferencvarosu, z uwagi na…kompletny brak miejsc do parkowania pod stadionem). Do Poznania docieramy w nocy z poniedziałku na wtorek.

Podsumowując – nie byliśmy może na serbskim meczu stulecia, ale mieliśmy okazję przypomnieć sobie klimat, jaki panował na naszych stadionach jeszcze z pięć lat temu - tak daleki od kalkulacji i strachu przed surowymi represjami rządzących za zmianę swojego miejsca na sektorze czy za odpalenie ubarwiającej mecz pirotechniki. Pozostaje mieć nadzieję, że i u nas to się niedługo zmieni, a za rok takie pozwalające się wyluzować wyjazdy w znajomym gronie będą naszym udziałem w europejskich pucharach i towarzyszyć im będą emocje związane z występami ukochanego Lecha.

 
Wiara Lecha na Facebooku