Tu jesteś:

Start » Czytelnia » Inne » O kibicowskim spontanie słów kilka
O kibicowskim spontanie słów kilka
Ocena użytkowników: / 43
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Amalaryk   
niedziela, 12 września 2010 21:22
AddThis Social Bookmark Button

szaleKażdy, kto choć trochę interesuje się ruchem kibicowskim w Polsce i na świecie, zna i przynajmniej raz w życiu czytał jakiś numer To My Kibice lub To My Kibice Plus. Kopalnia wiedzy, szczególnie na tematy związane z kibolami spoza Polski. TMK – wiadomo - wuchta zdjęć, relacji ze spotkań, sporo specyficznych działów, np. To i owo... :), oraz innej maści informacji - naprawdę wysoki poziom. Choć spotkałem się z opiniami, że numery sprzed kilku lat były lepsze.

Ostatnimi czasy dało się zauważyć w publikowanych w TMK artykułach zarzuty, jakoby obecnej scenie kibicowskiej brakowało radości, spontanu. Hmmmm... No dobra, mój staż kibicowski nie jest duży, licznik wyjazdowy – aż wstyd pisać, młody jestem (tak mi się wydaje:)), a lata 90.te, stawiane za wzór i określane, jako „złoty okres”, znam tylko z opowieści i przeczytanych tekstów oraz relacji naocznych świadków. Więc myślę sobie, że może się nie znam. Fakt. Muszę przyznać, że jak się czyta niektóre relacje z tamtych lat to gęba sama się uśmiecha. Pełne wariactwo.

Po kilku takich artykułach zacząłem się jednak zastanawiać, czy rzeczywiście to co się dzieje, jest pozbawione spontanu, radości i wszelkich pozytywnych emocji. W ostatnim numerze wyżej wspomnianej kroniki sceny kibicowskiej pojawił się artykuł autorstwa F., zatytułowany Der Untergang (TMK, nr 9(108), wrzesień 2010, s. 42-43). Na samym początku autor nawiązuje do tytułowego filmu (w polskim tłumaczeniu – Upadek – film o ostatnich dniach III Rzeczy), a następnie wyraża swój smutek, ponieważ jego ukochany klub zaliczył spadek z ekstraklasy w minionym sezonie. Wiadomo, iż każdy kibol będzie smutny, jeżeli jego klub spadnie do niższej klasy rozgrywkowej. Z drugiej strony jeżeli ktoś jest fanatykiem, to przeważnie wyniki ma tam, gdzie światło nie dochodzi. Jednak spadek boli. Boli tym bardziej, jak człowiek widzi działaczy, którzy martwią się tylko o własną kieszeń albo piłkarzy, którzy identyfikują się z własnym kontraktem a nie danym Klubem. Oczywiście są też wyjątki - piłkarze, którzy na stale zyskali wdzięczność kibicowskiej braci. W paranoję też nie wolno popadać.

Dalej autor przedstawia komercjalizację trybun. W tym miejscu pozwolę przytoczyć dość długi cytat z tego tekstu (s. 42) – „Nie ma już płonących dywanów z szali przeciwnika, wojny na wzajemne wyzwiska, które nie raz bawiły do łez, pirotechniki na trybunach, symboli jak to mówią telewizyjne brudasy w Rowerze Błażeja – prawicowej ekstremy. Czyli czegoś, co sprawiało, że tacy jak my przychodzili na stadiony. To wszystko zostało zamienione na oficjalne stowarzyszenia kibiców, które organizują wyjazd dla 5.000 głów, wspierają akcje dobroczynne na święta i pilnują porządku, ja się pytam: co to k.... jest? Oficjalny Klub Kibica Bayernu Monachium czy może Barcelony? Co to za mistrzostwo, po którym fani nie wbiegli na murawę rozbierając zawodników, zdzierając siatki z bramek i zrywając kolejne kawałki płyty? Nasz ruch kibicowski sięgnął dna! Brak w nim już tego co najważniejsze. Radości z bycia kibicem, z samego przychodzenia na stadion (...).”

W pewnej części powyższego cytatu aluzja chyba czytelna :). Mniejsza z tym.  Dywanów może i nie ma, ale brak wzajemnych uprzejmości albo pirotechniki? Faktem jest, że kary za pirotechnikę są drakońskie, ale raca, która urosła do symbolu kibicowskiej wolności, pojawia się bardzo często. Chociażby warto wspomnieć naszą oprawę Jupitery, piro odpalone na trzech piętrach II Trybuny, ten ogień, szał, dym – coś pięknego. Mam nadzieję, że jak będę umierał, to wspomnienie tej oprawy będzie jednym z ostatnich obrazów i umili mi zakończenie ziemskiego żywota. Prawicowe symbole prawicowymi symbolami, ale najważniejsze jest to, że w sercu godnie nosisz Polskę, a ważne rocznice dla twego miasta, regionu czy Ojczyzny, nie są tobie obce.

Oficjalne stowarzyszenia kibiców to coś złego? Wspólna miłość – Klub – wielu ciekawych ludzi, wspólna pasja. To dzięki stowarzyszeniom można poznać ludzi dla których, tak jak dla ciebie, ważny jest Klub, ważna jest Polska, ludzi z którymi można wychylić dzban/y piwa :). Wyjazd w 5.000 głów równa się masówka, pełna wynalazków. Są takie wyjazdy, ale bez przesady. Chociażby ostatni Superpuchar. Podróż do Płocka i sam mecz bez historii, ale powrót – miazga. Chyba mój najlepszy powrót baną z wyjazdu. Poza tym lepiej jechać na taką masówkę, niż siedzieć w domu przed TV i nic nie robić. We wsparciu akcji dobroczynnych też nie widzę nic złego. Szczególnie, jak pomaga się dzieciakom z domu dziecka, którzy w dorosłe życie startują z gorszej pozycji, albowiem zawinili dorośli. Smutna prawda. Jeżeli chcemy, aby wartości prezentowane przez polskich kiboli przetrwały, należy myśleć o następcach. Może cześć dzieciaków z domów dziecka albo obdarowanych kamizelkami trafi na właściwą Trybunę, będzie wyznawać określone ideały i nie da się sponiewierać wszechobecnej medialnej papce.

Tak sobie myślę, po co mi kawałek siatki z bramki? Mam czarną folię, która była elementem oprawy, jako pamiątkę, ale najważniejsze jest to, że mam wspomnienia świetnych opraw, płonącego Starego Rynku oraz tłumów ludzi, którzy przewinęli się w trakcie mistrzowskiej fety. Nikt mi tego nie zabierze.

Teraz najlepsze. Niby polska scena kibicowska sięgnęła dna. Ciekawe. Kolebka ruchu ultras – Italia – w rozsypce. Francja – pełna konfliktów na tle polityczno-rasowym. Portugalia, Hiszpania – rzadko coś ciekawego się dzieje. Niemcy, Austria, Szwajcaria – już lepiej. Bałkany i kraje byłego bloku komunistycznego – konkret. I w tym Polska. Spora ilość ludzi, którzy od kołyski są pozytywnie zakręceni, konkretne oprawy, na które nasi odpowiednich z innych krajów patrzą z podziwem, dobre wyjazdy. Każdy znajdzie coś dla siebie. Brak radości? No k.... jego m..., za przeproszeniem Czytelników. Cały tydzień czeka się na mecz. Gdy nic nie idzie, nie można znaleźć w sobie motywacji by choćby zdać poprawki na uczelni, gdy brak kasy np. na nowego kompa, samochód, to pójście na stadion oznacza naładowanie baterii. Naładowanie pozytywną energię, która pozwoli ci następny tydzień przenosić góry, pracować za dwóch. Wchodzisz na Trybunę, a tam znajome twarze. Facet, do którego powinienem zwracać się per pan, a tu piątka, rozmowa, jak równy z równym. Następnie kolejni znajomi, kumple i koleżanki po szalu. Wspólne rozmowy, żarty i plany. I wreszcie ten moment – nasz „animator” zaczyna prowadzić doping. Nikt mi tego nie każe robić, ja chcę drzeć mordę, ja chcę klaskać na szerokie łapy. Dlaczego? Bo to mi sprawia radość. Tak samo wyjazdy. Wizytówka na obcym terenie smakuje zupełnie inaczej. Wspólny przemarsz, sektor – klatka – dla przyjezdnych. I „Jesteśmy zawsze tam”, „Za Lechem przemierzamy cały świat”. I to poczucie, że każdy w tym momencie stanie za tobą, nikt cię nie zostawi (no chyba że złamiesz zasady wyjazdowe:)). Każe mi ktoś jechać na daleki Górny Śląsk? Stać w banie w jedną i drugą stronę? Otóż nie! Sam tego chcę, bo to sprawia mi przyjemność, bo to moja pasja, sposób na życie. Albo ostatni sparing Lecha w pewnej wielkopolskiej miejscowości – sami znajomi, pełen spontan, pirotechnika i późniejsza integracja. Będzie co wnukom opowiadać. I to nie jest radość? Niech każdy sobie sam odpowie na to pytanie.

Nie wiem komu mam za to dziękować, ale dziękuję, że jestem kibolem.

 
Wiara Lecha na Facebooku